Wspomnienia

W tej części serwisu prezentujemy Wam wspomnienia dawnych rejsów i przygód na Zaruskim. Wierzymy że Wam się spodobają i podzielicie nasze przekonanie iż są to bezcenne relacje. Zachęcamy także wszystkich którzy mają w pamięci takie wydarzenia ze swoim udziałem, aby do nas napisali, przesłali zdjęcia lub skany dokumentów czy pamiątek. Z radością to opublikujemy, aby pamięć o tamtych czasach nie zaginęła i była dla nas wskazówką w żeglarskim dziele, jakie nakreślił gen. Mariusz Zaruski.

Roman Szwarc

Przygodę w Sztokholmie wspomina Roman Szwarc

W czerwcu 1977 roku 27 geodetów z całej Polski popłynęło na żaglowcu s/y „Generał Zaruski” na kongres geodezyjny FIG | fig.net | do Sztokholmu. Kapitanem był (śp) j.kpt.ż.w. Karol Zieliński a ja byłem zastępcą kapitana. Na podejściu do Sztokholmu jacht został odstawiony na kotwicę i aresztowany, gdyż armatorem był LOK , traktowany jako jednostka paramilitarna i nie miał stosownych zezwoleń na przebywanie na wodach Szwecji.
 Po 24 godzinach oczekiwania i interwencji konsularnej dostaliśmy zgodę i przycumowaliśmy w centrum portu. Kongres FIG uzyskał dzięki temu incydentowi dodatkową reklamę i przez tydzień jego trwania gościliśmy na pokładzie tłumy uczestników Kongresu. Promowaliśmy polski warsztat geodezyjny, co pozwoliło nawiązać w niekonwencjonalnej, żeglarskiej atmosferze wiele kontaktów i zaowocowało korzystnymi kontraktami na prace geodezyjne. W drodze powrotnej odwiedziliśmy Visby i Malmo, gdzie znowu z powodów formalnych nie pozwolono załodze zejść na ląd aby zwiedzić miasto. Pomysłowa załoga obejrzała Malmo pływając bączkiem po kanałach. Potem był jeszcze Helsingor, urocza Kopenhaga, Sassnitz i wyokrętowanie w Jastarni. Połączenie pracy zawodowej ze zdobywaniem doświadczeń żeglarskich było wspaniałym przeżyciem i zapadło załodze w pamięć na długie lata. Cieszę się bardzo, że s/y „Generał Zaruski” został ocalony i znowu pływa

Roman Szwarc j.kpt.ż.w.

Marian Kohnke

Wspomnienia Bosmana Mariana Kohnke

Właśnie w tych dniach mija 20 lat kiedy brałem udział w rejsie na pokładzie „Generał Zaruski” w małej operacji żagiel na Bałtyku w lipcu 1992 rejs z Jastarni do Kalskrony w Szwecji pokonaliśmy bez większych przygód. Jachtem dowodził generał w stanie spoczynku, długoletni kapitan „Generała Zaruskiego” Zbigniew Michalski, było to jego pożegnanie z jachtem. Zastępcą kapitana i jego następcą był Zbigniew Ornaf, a chiefem Jan Grygorec. Ja byłem bosmanem. 
Załogę „Generała Zaruskiego” stanowiła młodzież z całej Polski. Trasa regat przebiegała z Kalskrony (Szwecja) do Kotki (Finlandia), z Kotki do Tallina (Estonia ) i ostatni etap do Gdyni. W Kalskronie odbyła się uroczysta parada żaglowców pod pełnymi żaglami przed królem Szwecji. Następnie nastąpił start w regatach. Niestety szczęście nas opuściło. Na całej długości grot żagla pękł szew na brycie. Musieliśmy zrzucić grot żagiel i płynąć na kliwrze, foku i bezanie.

Niestety w tym czasie na „Generale Zaruskim” nie było ani zapasowego grot żagla ani maszyny do szycia. Dzielna załoga przez cztery doby na zmianę w czasie wolnej wachty ręcznie szyła pęknięty szew. Załoga była wspaniała, nikt nie migał się od szycia no i się udało – grot żagiel był naprawiony. Po postawieniu grot żagla „Generała Zaruskiego” ruszył do celu jakim był Fiński port Kotka. Po wpłynięciu na wody zatoki Fińskiej pod pełnymi żaglami osiągnęliśmy prędkość 10 węzłów. To jak na Zaruskiego doskonały wynik i tak płynęliśmy do samej Kotki. Nagroda jaka nas czekała w porcie to tasak z wygrawerowaną dedykacją dla Kuka, który najdłużej musiał się napracować w morzu. Zajęliśmy honorowe ostatnie miejsce w regatach z Kalskrony do Kotki. Niestety podczas postoju w czasie remontu w 1996/1997 w Gdańsku tasak został skradziony. Wspaniale że Zaruski wraca do swej świetności i znowu będą na nim łopotać żagle.

Bosman s/y „Generał Zaruski” | Marian Kohnke

Krzysztof Staręga

Zaruskiego wspomina Krzysztof Staręga

Równo 20 lat temu, w dniach 10 do 20 czerwca 1992 roku na pokładzie s/y „Generała Zaruskiego” brałem udział w rejsie po Bałtyku. Była to nagroda za zajęcie pierwszego miejsca w Turnieju Marynistycznym zorganizowanego przez redakcję „Głosu Wielkopolskiego”, Ośrodka Poznańskiej Telewizji, Radia Merkury i Zarządu Okręgowego Ligii Morskiej z okazji 60 rocznicy utworzenia poznańskiej Ligii Morskiej. Jachtem dowodził wówczas generał dywizji w stanie spoczynku Zbigniew Michalski. W czasie tego rejsu symbolicznie żegnał się On z morzem. Bosmanem był Marian Kohnke, a chiefem Jan Gregorec. Trzy czwarte uczestników rejsu to byli amatorzy, z których połowa po raz pierwszy w życiu wypłynęła na pełne morze. Spisywali się jednak znakomicie. Dopisywały humory, nie brakowało okazji do niewinnych żartów, ale gdy trzeba było, wszyscy spieszyli na swoje stanowiska przy żaglach oraz regularnie pełnili wachty.

Na spartańskie warunki na „Generale Zaruskim” narzekali zrazu niektórzy, ale rychło znakomita atmosfera wśród załogi i chęć sprawdzenia siebie w nierzadko ekstremalnych warunkach, uciszyła głosy nielicznych niezadowolonych. Liczyli chyba oni na luksusowo wyposażone kabiny, a nie na skromne prycze. Ale to jest właśnie urok żeglarstwa. A atrakcji nie brakowało. Oprócz sztormu i internowania „Generała Zaruskiego” przez Szwedów w Karlskronie, zawinięto do kilku portów – zarówno polskich, jak i niemieckiego Sassnitz, a do atrakcji zaliczyć też trzeba spotkanie na pełnym morzu z jachtem „Wielkopolska”. Mimo siły wiatru 4 w skali Beauforta oba jachty podeszły do siebie burta w burtę, na czym skorzystał płynący na „Generale” operator telewizji warszawskiej Krzysztof Juszczak (kręcił film o generale Michalskim). Na kilkanaście minut przesiadł się on na „Wielkopolskę”, z której pokładu sfilmował „Generała Zaruskiego” na pełnym morzu i to pod żaglami. Wszyscy cali i zdrowi zakończyli tą morską przygodę i… do dnia dzisiejszego jej nie zapomnieli.

Krzysztof Staręga

Edward Krokowski

Wspomnienia Edwarda Krokowskiego

Szanowni Państwo,
wielce mnie ucieszyła informacja o renowacji s/y „Generała Zaruskiego”. Pozwólcie, że podzielę się z Wami moimi wspomnieniami.
Otóż w 1955 roku na pokładzie „Generała Zaruskiego” (wtedy Młoda Gwardia) brałem udział w dwutygodniowym rejsie (Gdynia – Kołobrzeg – Ustka – Gdynia), a w 1956 roku w trzytygodniowym rejsie (Gdynia – Świnoujście – Szczecin – Kołobrzeg – Gdynia). Funkcję kapitańskie pełnili wówczas kapitan Lesiak i kapitan Pawłowski. W 1958 roku za zgodą Zarządu Głównego LPŻ, Klub Morski LPŻ w Skarżysku-Kamiennej organizował rejs do Brukseli na Światową Wystawę EXPO 1958. Po licznych perypetiach z doborem załogi (brak zgody MSW w stosunku do niektórych członków załogi na wyjazd zagraniczny) jacht dotarł do Brukseli zawijając po drodze do Londynu co na ówczesne czasy było dużym wydarzeniem. W tym rejsie brało udział 2 operatorów ówczesnej TVP, z Warszawy czego efektem był film. Klub LPŻ w Skarżysku-Kamiennej otrzymał kopię tego filmu. Pragnę nadmienić, że jestem w posiadaniu zdjęć zrobionych na pokładzie „Generał Zaruski” podczas rejsów, w których brałem udział. W ramach skromnych emeryckich możliwości wspomogę oczywiście remont jednostki wpłacając na podane przez Państwa konto.

Z poważaniem
 Sternik jachtowy 
Edward Krokowski | lat 77

Zbigniew A. Ciećkowski

O „Zaruskim” wspomnienia Zbigniewa A. Ciećkowskiego

S/y „Generał Zaruski” – taką nazwę otrzymał zbudowany w Szwecji, a sprowadzony po zakończeniu II wojny światowej, największy polski szkolny jacht żaglowy – dwumasztowy kecz, wyposażony również w dwa silniki. W zależności od siły wiatru i potrzeb można było na nim stawiać nawet do 300 metrów kwadratowych. Miał 5 dwuosobowych kabin – nie licząc kapitańskiej, a na śródokręciu 18 koi i dwa hamaki.
Statek dzielny – na miarę swojego patrona Generała Mariusza Zaruskiego – rzec można – Ojca Chrzestnego polskiego żeglarstwa (żył w latach 1867 – 1941). Zaruski był marynarzem, żeglarzem, taternikiem, pisarzem. Należał do Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, organizacji patriotycznej i niepodległościowej, działającej w zaborach: pruskim, austriackim i rosyjskim. W 1894 roku Zaruski zesłany został do guberni archangielskiej. Ukończył szkołę morską i pływał jako kapitan na rosyjskich statkach żaglowych.
 W 1901 roku zamieszkał w Krakowie, a od 1904 w Zakopanem. W 1909 roku założył Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe i kierował nim przez pięć lat. Od 1912 roku należał do polskiej organizacji paramilitarnej Związku Strzeleckiego, a od 1914 roku był w Legionach Polskich organizowanych przez Józefa Piłsudskiego. W czynnej służbie wojskowej pozostawał do 1926 roku. Generał Zaruski był organizatorem polskiego żeglarstwa morskiego, a zarazem komandorem Yacht Klubu Polskiego. W latach zaś 1934 – 1939 pływał jako kapitan na harcerskim jachcie szkolnym, trzymasztowym legendarnym szkunerze „Zawisza Czarny”.

Owi „morscy harcerze” krzewili następnie idee dostępu Polski do morza wśród młodzieży polskiej w miejscowościach gdzie mieszkali, w drużynach harcerskich – także morskich zakładanych nad rzekami i jeziorami. Idea ta urzeczywistniona została w następstwie II wojny światowej szerokim dostępem Polski do Bałtyku – od Elbląga do Szczecina. Na s/y „Zawiszy Czarnym” zdobywali też wiedzę żeglarską i obycie z pływaniem na morzu dwaj pierwsi kapitanowie s/y „Generała Zaruskiego”, kapitanowie żeglugi jachtowej: Zbigniew Szymański oraz Michał Sumiński. Uczyli mnie – o pokolenie młodszego – w rejsach po Bałtyku kunsztu żeglowania i obycia z morzem. Pierwszy – Szymański – jako kapitan żeglugi wielkiej pływał następnie chyba na dziesięcio-tysięczniku Polskiej Marynarki Handlowej. Był też komendantem Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Drugi – Sumiński – żeglując nadal zajmował się badaniem przyrody leśnej j jej popularyzacją. Jego piękne, pouczające audycje radiowe wprost urzekały; miał niezwykły dar naśladowania ptasich głosów. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku zajmowałem się przysposobieniem morskim młodzieży – w ramach Powszechnej Organizacji Służba Polsce i Ligi Morskiej, przygotowującej się do szkól morskich – cywilnych i Marynarki Wojennej. I wówczas to w Warszawie spotkałem Żonę – staruszkę sławnego jeszcze wówczas Generała Zaruskiego. Bardzo interesowała się przysposobieniem morskim młodzieży. Użyczała nawet organizatorom miejscowej grupy żeglarskiej swojego mieszkania na Żoliborzu.
Ale wracając na Bałtyk – portem macierzystym s/y „Generała Zaruskiego” była wówczas Ustka. Należał do Ligi morskiej. Tam tez znajdował się Centralny Ośrodek Szkolenia Morskiego Ligi Morskiej. Byłem kursantem w tym Ośrodku, sposobiąc się na instruktora żeglarstwa morskiego. Często wychodziliśmy na „Zaruskim” w morze. I wtedy: cumy rzuć, wybieraj spring, żagle w górę, żagle w dół, fały buchtuj, a gdy się gdzieś zacisnęły to po wantach na maszty by je zluzować. No i praktyka przy sterze, tajniki nawigacyjne na mapie.

Chyba dwa dni przed Wielkanocą 1947 roku, kolejne ćwiczenia wyjścia w morze: kurs na północ i powrót na redę Ustki. I tak mieśmy powtarzać przez dobę. Szło nieźle, ale nadciągała mgła. Coś nam z nawigacją i logiem (odmierzanie przebytych mil) nie wyszło. Wprawdzie kapitan Szymański się zorientował, a ale już „Zaruski” szorował kilem po dnie morza. Mgła się trochę podniosła – patrzymy, a tu dwóch marynarzy stoi na brzegu. Było akurat na wprost koszar Marynarki Wojennej w Ustce. Rwetes niebywały! Silnikami cala wstecz; statek ani drgnął. Kapitan Szymański wpadł na pomysł: powiązaliśmy cumy i inne mocne liny poprzez dziobowa kluzę (otwór w nadburciu), założyliśmy na kabestan (windę). Do końca tej liny przywiązana została kotwica. Łodzią (motorówką pokładową) kotwicę wywieźliśmy możliwie daleko do tyłu i rzuciliśmy by chwyciła dna.
 Na „Zaruskim” było kilka ton ruchomego balastu (żeliwne kostki).

Tą samą łodzią balast wywieźliśmy na brzeg; lina kotwiczna była stale napinana (na stram). Gdy przenieśliśmy do łodzi resztę balastu „Zaruski” drgnął. Wtedy ile sił kabestanem nawijana była lina kotwiczna do pionu. „Zaruski” obrócił się i zakołysał. I wtedy: Kotwicę rwij! Wolno silnikiem naprzód – na bezpieczna (miękką) wodę. Dobrze, ze nie było dużej fali. „Zaruski” na kotwicy lekko się tylko kołysał. Trzeba było z powrotem przywieść z brzegu balast i rozłożyć w zenzach „Zaruskiego” – praca mordercza, a zaczęło dmuchać. Mgła opadła – tu wejście do Ustki jak na dłoni. „Zaruski” wszedł do portu, zarzuciliśmy cumy. Wszyscy odetchnęli z ulgą. W rejsie tego roku do Kopenhagi nie było kłopotów, ale rok później do ówczesnego Leningradu (Petersburga) sztorm aż do Zatoki Fińskiej dał się całej załodze dobrze we znaki – korzystali ci co mogli najeść się do syta, bo u wielu szwankował apetyt – wychylali się często przez burtę podkarmiając rybki. Jeden taki co chciał być kapitanem statku, gdy zacumowaliśmy po powrocie w Gdyni, nie czekał na trap, wyskoczył na brzeg i więcej podobno na morze nie wrócił.

W 1950 roku dopiero co utworzona Niemiecka Republika Demokratyczna – szef jej rządu, zawarł w Zgorzelcu z rządem Polski układ uznający polską zachodnia granice na Odrze i Nysie Łużyckiej – dla Polski wielka sprawa. Liga Morska zorganizowała, przy akceptacji najwyższych władz, rejs na „Zaruskim” do portów NRD. Uczestniczyli w nim instruktorzy – aktywiści Ligi Morskiej. Dowodził kapitan Szpakowski – chyba z Krakowa. Byli jacyś politycy. Rejs miał na celu zbliżanie młodzieży polskiej i niemieckiej. Było wiele spotkań.
 W rejsie tym byłem na „Zaruskim” trzecim oficerem wachtowy M (szturmanem). Był wrzesień. Wracaliśmy do kraju i po minięciu Helu skierowaliśmy się do Nowego Portu. Było po obiedzie, miałem wachtę. Na Zatoce Gdańskiej spokojnie. Kucharz zatem wyniósł na pokład wystawne zestawy stołowe, pakując je do zdania (porcelanowe i posrebrzane – były potrzebne podczas spotkań z miejscowymi dostojnikami).
 Patrzę, a nad Gdynią pojawiły się jakieś dziwne chmury. Mówię do kapitana – chyba dmuchnie. Patrzmy, co dalej. Nie minęło parę minut, a tu raptem „biały szkwał”, gwizd na wantach, „Zaruski” przysiadł na burtę, aż woda sięgnęła niemal do polowy pokładu. Zerwało buchty (zwoje) fałów wiszących na wantach i przerzuciło na zawietrzną. Powstały kłopoty z zrzucaniem żagli. Wdmuchało nas niemal za Hel. Gdy się uspokoiło zbliżał się zmrok. Weszliśmy do Nowego Poru. Najwięcej strapiony był kucharz. Bo gdy ów szkwał położył niemal „Zaruskiego” na burtę, owe kunsztowne zastawy stołowe wypadły za burtę. Jak ja się z tego rozliczę – biadolił.

Ileż to lat temu! Uczestniczyłem także w przeprowadzeniu „Zaruskiego” z Gdyni do Ustki. Przyjechała po niego grupa nas z Ustki – z COMu. I ja z nimi. Trzeba było statek sklarować do drogi. Roboty dużo. A mnie w ostatniej chwili przesadzili na jacht „Batory” (typu Koń Morski – to taki przedwojenny jednomasztowy atlantycki jacht. I razem z „Zaruskim” żeglowaliśmy do Ustki. Staraliśmy się płynąć w łączności wzrokowej. Nieopodal Ustze, sternik źle zamanewrował, przerzuciło bom, który uderzy mnie od tyłu w szyję i wpadłem za burtę. Był kwiecień, zimno, jeszcze kry spływały z Zatoki Fińskiej. Byłem w ubraniu sztormowym, ale trzymałem się na wodzie. Widać Neptun mnie nie chciał, a Mefisto też odrzucił. A było tak, ze wypadając schwyciłem się końca marlinki. Stała jej buchta na pokładzie. Pozostawałem za rufą coraz dalej, ale w końcu marlinka się zaplątała i zaczepiła o knagę na pokładzie. Szarpnęło mną. Owinąłem na obu rękach. Tym czasem prowadzący „Batorego” zrobił zwrot, podpłynął do mnie i koledzy wyciągnęli mnie na pokład. Byłem bohaterem dnia, nawet awansowałem na bosmana pokładowego.
Na „Zaruskim” ćwiczyliśmy codziennie – nawet na pokładzie odbywały się wykłady. W końcu lata pożeglowaliśmy do Kopenhagi, w 1948 roku do Leningradu – ówczesnego, w 1949 roku ślepe rejsy po Bałtyku, a w 1950 do NRD. Po powrocie z rejsu zakotwiczyłem w Marynarce Wojennej. Służyłem w niej 25 lat, potem zostałem zesłany do GZP WP w Warszawie. W I. C. MON było sporo marynarzy. I tu dobiegła końca w 1989 roku w grudniu moja żegluga i służba.

Komandor rez. Zbigniew A. Ciećkowski (jachtowy kapitan żeglugi wielkiej) | Warszawa | 26.01.2009

Maria Thomsen

Pierwsze lata Zaruskiego – materiały Marii Thomsen

Niedawno otrzymaliśmy miły list od osoby, która miała okazję żeglować na Zaruskim w pierwszych latach jego powojennej morskiej służby pod polską banderą. Pani Maria Thomsen (wcześniej Grochowska), zdobyła w 1953 roku Mistrzostwo Polski w Morskich Mistrzostwach Żeglarskich Polski, z załogą LPŻ Szczecin w składzie Grochowska (sternik), Kordalewska, Pyszczak i Trzosówna. Jest nam niezmiernie miło zetknąć się z tak odległą historią Zaruskiego – niewielu jest jeszcze jej świadków, którzy na dodatek kontaktują się z nami. Poniżej prezentujemy Wam dokumentację zdjęciową i prasową. Jeśli otrzymamy od p. Marii jakiś dalszy opis jej żeglarskich przygód na Zaruskim, opublikujemy go. Serdecznie pozdrawiamy p. Marię Thomsen.

Słowo się rzekło – publikujemy krótką opowiastkę, którą właśnie otrzymaliśmy od p. Marii. Niezwykłe były to czasy i przygody młodych żeglarzy. Poczytajcie sami (nie zmieniono nawet jednego przecinka):

Wyjście na Morze w roku 1952 z małego portu gdyńskiego było prawie nie możliwe.żeglowaliśmy na kilówkach w basenie.Przy wyjściu z basenu po prawej stronie była budka Wopistów,którzy mieli Telefon.Wyjście z basenu ,może ktoś nie uwierzy,było zabezpieczone łańcuchem Nasi dzielni sternicy podpływali do wyjścia a zdenerwowani wopiści zaraz brali słuchawkę do ręki i telefonowali,pewnie że chcemy uciec na morze.To była świetna zabawa dla nas ,czy dla Wopistów ,chyba nie.
Ponieważ mieliśmy zdawać egzaminy ,ja np. Na sternika morskiego musiałam mieć przepływane mile morskie.Ale skąd je mieć skoro nas na morze nie wypuszczają.Wreszcie udało się naszym funkcjonariuszom dostać zezwolenie na wypłynięcie na morze na określony czas bez zawinięcia do obcych portów Zezwolenie dostały dwa yachty „ Młoda Gwardia” i jeszcze jeden duży mógł to być „Hetmann”,napewno niewiem,bo ja zostałam zamusztrowana na „Młodej Gwardi” (gen. Zaruski) Kapitanem był Szpakowski.Było to wielkie przeżycie , poraz pierwszy na morzu Bałtyckiem.Któregoś dnia zrobiło się nam w mesie przy obiedzie za gorąco ,ktoś wpadł na pomysł pójścia z miskami na deck ,było nas może czterych wariatów.Chowamy się za maszt i jemy spokojnie nasz posiłek.A tu nagle zjawia się Kpt.Szpakowski z krzykiem co my sobie myślimy,gdzie jest nasza dysziplina i.tp. ogarnęło nas przerażenieco teraz,no jak co teraz,marsz na pierwszy sailing i z powrotem.Dostałam tam na górze stracha bo jeszcze tak wysoko nigdy na Yachcie nie byłam,chwała Bogu że nie było prawie fal.,jakoś szczęśliwie wróciliśmy na pokład.Przestałam kapitana lubić.Mile zaliczyłam i zdałam egzamin na sternika morskiego.W ten sposób mogłam W roku 1953 wystartować jako sternik na konikach w mistrzostwach Polski Gdynia-Sopot.

Zachęcamy Was także do lektury poruszających wspomnień żeglarskich p. Marii na stronie: Zeszyty Żeglarskie

Adam Drzastwa

Szkołę życia na Zaruskim wspomina Adam Drzastwa

W 1984 roku uczestniczyłem w rejsie Generałem Zaruskim z Jastarni przez Hel do Ustki. Wchodząc na pokład miałem niecałe dwanaście lat, schodząc na ląd w Ustce czułem jakbym miał lat osiemnaście. Była to tak intensywna szkoła życia. Poznałem co to szorowanie pokładu i kingstona, nocne wachty w dwie osoby gdzie reszta załogi spała, biegałem po “klucz od kilwatera”, alarmy p.poż i np. człowiek za burtą. Moim głównym zadaniem była obsługa foka. Zwijałem “słoneczka”, siedziałem na “oku”, bosman pozwolił mi przez dwie godziny w nocy samodzielnie trzymać kurs – ale byłem z siebie dumny! Śpiewałem szanty. Widziałem jaką siłę ma lina gdy bije po pokładzie, kiedy zerwał się latacz. Byłem świadkiem jak bosman przez jedną wachtę wyprowadził “na ludzi”, najbardziej “napuszonego” uczestnika rejsu – ksywa “Kurzaj”. Pamiętam jak chłopak wykrzykiwał w kierunku bosmana: nie wiesz z kim zadarłeś, nie wiesz kim jest mój ojciec i takie tam inne pozdrowienia. Okazało się, że jak dopłynęliśmy, nic ojcu nie powiedział. Co więcej, spotkałem go po kilku latach, porozmawialiśmy – wyrósł na fajnego człowieka. Pamiętam “Siwka”, który od drugiego dnia leżał na pokładzie i miał taką chorobę morską, że jedyne co mówił to “dobijcie mnie” ;). Co do choroby morskiej to pamiętam, że jedliśmy głównie kisiel i makaron. Kto to przechodził wie dlaczego akurat takie miękkie dania! Mieliśmy instruktaż, jak już musicie coś zrobić to idźcie na burtę zawietrzną. Nie zapomnę wspomnianego “Siwka” jak wybiegł na pokład i ustawił się pod wiatr, ale był ubaw… Mimo, że było to trzydzieści lat temu, a ja miałem niecałe dwanaście, pamiętam każdą minutę. Przed rejsem podciągałem się na drążku 4 razy, po kilku dniach już 20. Jeszcze dzisiaj zawiązuję jedną ręką węzeł ratowniczy w 2 sekundy, a prawie nigdy go więcej nie robiłem.
Załączam skan mojej karty rejsu z 1984 roku.

Adam Drzastwa

SailBook CUP 2014 wspomina wachta I

Dzień 1

Siedzę w busie myśląc czego się spodziewać… Czy to będzie duży jacht? Jacy będą moi towarzysze? Czy dam sobie radę? Tyle pytań a zero odpowiedzi, pozostaje tylko czekać … Przyjeżdżam spóźniona, wysiadam z taksówki i rozglądam się wokół i nagle…dostrzegam go stoi przy kei wystają z niego dwa piękne, potężne maszty, odbijające się od wód Motławy. To on, to Generał Zaruski w pełnej krasie oczekujący na wyjście w morze. Emocje we mnie zaczynają buzować, czuje szczęście ale i radość. Wsiadam witając załogę, oficerów i kapitana. Zajmuję miejsce i zaczynam słuchać rad oficerów, którzy przygotowują nas do żeglugi. Pierwszy oficer Piotr wyjaśnia nam na czym polega przynależność do załogi i zapoznaje nas z obsługą jachtu i bezpieczeństwem na wodzie. Wszystko gotowe –zaczynamy! Stawiamy żagle, co jest dla mnie wielką tajemnic ą słyszę tylko komendy : trzymaj , ciągnij , zbieraj… Wszyscy przestraszeni rozglądają się i próbują ogarnąć o co chodzi. Gdy żagle są już postawione emocje lekko opadają czuję tylko lekki chłodny wiatr który owiewa mi twarz i plącze włosy. Wachta 4 która ma dzisiaj kambuz ugotowała pyszny żurek. Wszyscy zasiedli przy stole, zrobiła się taka ciepła, przyjemna atmosfera, zaczęliśmy rozmawiać miedzy sobą, poznawać się każdy po kolei. Chwilę później dotarliśmy do Sopotu. Wpływając do pięknego portu była akcja zrzucania żagli przy której znów było trochę stresu ale „z czasem będzie coraz lepiej” powtarzała Mary druga oficer załogi. Klarujemy cumy, przygotowujemy odbijacze i cumujemy do portu. Podczas zbiórki załogi oficerowie zapoznają nas o przygotowanej dla uczestników regat imprezie, która ma się odbyć Sopockim Klubie Żeglarskim . Po zmroku udajemy się na imprezę. Do lokalu było 30 minut drogi ale nasza wspaniała wachta świetnie wykorzystała ten spacer, krótkie zwiedzanie Sopotu – zaliczone! W klubie była już większa część załogi, dosiedliśmy się do niej i delektowaliśmy się kiełbaskami z grilla. Po imprezie zmęczeni udaliśmy się do portu aby dobrze wyspać się na rozpoczęcie regat.

Dzień 2

Dzisiaj nas czekał kambuz, więc pobudkę mieliśmy o pół godziny szybciej. Na śniadanie postanowiliśmy przygotować jajecznicę, która wyszła naprawdę nieźle. O 8 apel na rufie, bicie szklanek i wciąganie bandery wprowadziły naprawdę fajny, żeglarski nastrój. Po krótkich ogłoszeniach udaliśmy się na uroczystość rozpoczęcia regat na molo. Była orkiestra, dostaliśmy koszulki od Sailbook Cup’u, a przy okazji udało mi się wygrać super śmieszne różowe okulary z Tauronu. Po powrocie na jacht przygotowania do postawienia żagli i o 12 zaczynamy regaty! Ten pozytywny stres i adrenalina wypełniały mnie od środka. Ledwo zdążyłam nacieszyć się chwila już pogonili mnie do garów bo nadchodziła pora obiadowa i ktoś ten obiad musiał przygotować. Na obiad przygotowaliśmy soczystego kurczaka z ryżem i warzywami. Po zjedzeniu czekała na mnie ogromna góra garów do umycia, ale z pomocą kolegów z wachty dałam rade. Chwila odpoczynku, relaks i znów gotowanie – czas kolacji. Na szczęście to już ostatni posiłek dnia bo już wyczerpana i bez sił zasnęłam w mojej koi jak małe dziecko.

Dzień 3

Ten dzień zaczął się dobrze, śniadanie było pyszne, pogoda słoneczna ale co gorsze bezwietrzna a dla żeglarzy takich jak my wiatr był bardzo potrzebny, my bez niego to jak ryba bez wody. Wspaniały kapitan czuwał nad sytuacją i daliśmy radę wypłynąć z zatoki Gdańskiej. Wachta od 8 do 12 minęła całkiem przyjemnie potem spanie i znów wachta od 16 do 20. Te dni na jachcie tak szybko mijają.

Dzień 4

Ranne ptaszki, wstaliśmy bezboleśnie o 4 na wachtę. Towarzystwo Michała bardzo dobrze na nas wpłynęło a wschód słońca stworzył romantyczny klimat. Godzina na oku , godzina przy sterze, godzina jako nawigator i godzina…robienia kawy?! Największa frajda to wybijanie szklanek i budzenie reszty załogi o tak. Zaczynamy się czuć pewnie na statku. Dzielnie robimy zwroty i słuchamy wszystkich komend. To był dzień w którym fale zaczynały się wzbudzać . Moim zdaniem to był wręcz najbardziej wietrzny dzień rejsu. Niektórych zaczynała męczyć choroba morska i bardzo źle się czuli ale nasza wachta nie odleciała. Przyspieszyliśmy do 8 węzłów i zanim się obejrzeliśmy dotarliśmy do portu w Visby. Niestety nie wszyscy dotarli na manewry w porcie ponieważ ich koje były bardziej przekonujące niż jeden oficerów. Po zacumowaniu i zjedzeniu obiadu czas wolny wykorzystaliśmy na spacer po miasteczku. Nietypowa, słoneczna a wręcz gorąca pogoda w Szwecji pozytywnie wszystkich zaskoczyła, a miasteczko wyglądało jeszcze piękniej. Z górki i pod górkę spacerujemy zwiedzając szczególne zakątki Visby a Kleks nasz wspaniały kolega z załogi robi nam za przewodnika. Potężne mury obronne, ruiny kościołów, barwne ogrody i chłodne fontanny zapewniły nam atrakcji do końca dnia. Posiedzenie w McDonaldzie na darmowym wi-fi, prawdziwa młodzież XXI w. Na kolacje grill z wszystkimi uczestnikami regat , wspaniali ludzie, żeglarska atmosfera, kiełbaski z grilla przygotowane przez najmłodszego uczestnika załogi. Wspaniały dzień dobiegł końca, po zmroku zmęczona zwiedzaniem załoga zasnęła.

Dzień 5

Po śniadaniu mieliśmy czas wolny, oprócz wachty kambuzowej oczywiście. Oficerowie zapoznali nas o grze terenowej która ma się odbyć, wyjaśnili reguły gry i kazali zapoznać się dokładnie z miastem ponieważ gra sprawdzi naszą wiedze na jego temat. Nagroda to obiad podany przez oficerów w mesie kapitańskiej. Gdy Piotr krzyknął czas start wszyscy ruszyli szukać odpowiedzi na pytania przygotowane przez jury. Takie emocje, adrenalina, rywalizacja, szał ciał każda wachta chciała wygrać. Najlepsza zabawa była przy robieniu „selfie” z Szwedami z blond włosami, szukanie literek schowanych pod baranami i liczenie 74 stopni schodów. Po upływie 2 godzin i 30 min biegliśmy z całych sił z powrotem na jacht. Ostatnim zadaniem było wspiąć się na maszt w poszukiwaniu karteczki z podpowiedzią do słowa, które miało powstać z literek spod baranów. Byliśmy drudzy lecz nadal mieliśmy szanse wygrać. Jury trzymało nas w niepewności aż do kolacji. Po zliczeniu wszystkich punktów byliśmy drudzy, czyli nie wygraliśmy głównej nagrody, lecz dostaliśmy chustki i czapki sponsorowane przez projekt M.A.S.T. Główną nagrodę zdobyła wachta 3. Liczy się dobra zabawa. Na koniec dnia była kolacja a tuż po niej kto na wachtę ten na pokład a reszta do koi spać.

Dzień 6

Znów dzień w którym jesteśmy kambuzem. Pobudka i przygotowanie śniadania. Po apelu o 8 oczywiście jak co dzień happy hour czyli wspólne sprzątanie jachtu. Ostatni wolny czas na wyspie wykorzystaliśmy na ostatnie zakupy i darmowe wi-fi w McDonaldzie. No i przygotowania do kontynuacji regat. Bezstresowe już postawienie żagli i lecimy. Jako kambuz przygotowaliśmy przepyszny obiad. Wiatru brak a fale bujają nas na wszystkie strony. Kucharz wpadł na świetny pomysł aby zrobi szarlotkę lecz marzenia marzeniami – szarlotka nie wyszła tak jak miała wyjść, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma i liczą się dobre chęci. Po ogarnięciu naczyń nadszedł czas na relaks. Taki upał jak nigdy na środku Bałtyku brak wiatru od 4 h stoimy w miejscu z nudów i braku ruchu oficerowie wymyślili „wzmagania wacht” czyli różnorodne konkursy. Konkurencje intelektualne i fizyczne. Była świetna zabawa i super zwalczanie nudy. Wszyscy się śmiali i walczyli o wygraną. Niektórym bardziej do gustu przypadł testy wiedzy o żeglarstwie innym zaś konkurencje takie jak : skakanie na odbijaczach , przeciąganie liny czy przenoszenie gąbką wody z jednego wiadra do drugiego . Na koniec nasz kochany Bosman pozwolił na się kapać w morzu , to dopiero przeżycie. Skakanie na głębokość 130 m do lodowatej wody, nie każdy ma taką okazję. Zrzuciliśmy ponton do wody, wywiesiliśmy drabinkę i każdy wskakiwał do wody. Wszyscy pływali, skakali śmiali się, naprawdę była zabawa. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i zaraz musieliśmy wyjść z wody i się osuszyć. Po takiej kąpieli pozostało tylko zjeść kolacje i położyć się w koi. Brak wiatru zmusił nas do zrezygnowania z regat i włączenia silnika. Na koniec dnia oficerowie puścili nam francuski film pt. ”Tarbarly” niestety większość była aż tak zmęczona że zasnęła podczas filmu.

Dzień 7

O 4 rano pobudka na wachtę o świcie. To takie wspaniałe z herbatą w ręku przy sterze patrzeć jak piękna czerwona tarcza słońca wznosi się nad horyzont. Chilloutowa muzyka dobre towarzystwo i pierwsza połowa wachty zleciała. Pyszne śniadanko a po nim smażing na rufie. Dziś jest ten dzień kiedy to wachcie 3 oficerowie gotują i podają posiłki. Takiego obiadu tu jeszcze nie było. Wachta 3 wykapała się , wystroiła i zasiadła w mesie oficerskiej wraz z kapitanem i bosmanem. A my reszta załogi delektowaliśmy się pysznym obiadem wraz z resztą oficerów. Dzień mija bardzo szybko, słońce świeci a wiatru wciąż nie ma , słychać tylko szum silnika i muzykę Michała. Cała załoga się relaksuje.

SailBook CUP 2014 wspomina wachta II

Wierszem dusza moja śpiewa…

W piątek o czternastej weszliśmy na żaglowiec
Przy czym nie obyło się bez spóźnionych owiec
Znalazłem sobie koję i plecak wrzuciłem
Później na piękny pokład od razu ruszyłem
I z pozoru niegroźnych ludzi zobaczyłem
Zaś jacht był śliczny tak jak sobie wymarzyłem
Zaczęła się drętwa z załogą integracja
Gadaliśmy w łóżeczku – cóż za wariacja
Lecz potem się jakoś wszystko rozkręciło
I na szczęście się towarzystwo polubiło
Przyszedł dziwny pan z brodą i wszystko tłumaczył
Również typ ożaglowania opisać raczył
Na równe doświadczeniem wachty nas podzielił
Oraz planu na calutki dzień nam udzielił
W końcu z Gdańska do Sopotu wypłynęliśmy
Tego dnia pierwszy raz żagle postawiliśmy
Zaruski w bajdewindzie wyglądał dostojnie
Czas upływał nam miło i bardzo spokojnie
Cumując w Sopocie przykuliśmy uwagę
Czuliśmy się ważni – to miało wielką wagę
Najważniejszą atrakcją było na maszt wchodzenie
Robienie selfie i na salingu siedzenie
Otrzymaliśmy na imprezę zaproszenie
Było tam piwo z kija gaszące pragnienie
Był też złoty samogon i z grilla karkówka
Zamknięta impreza, nie jakaś tam masówka
Jedynym negatywem był zespół szantowy
Gdy go słuchałem wzierał się paw kolorowy
Czuliśmy się w porcie jak panowie na włości
Niektórzy patrzyli na nas w złości i zazdrości
Większość to ludzie „wyższych stanów świadomości”
Sporo było tu chętnych nieproszonych gości
Dlatego czuwaliśmy na wachtach trapowych
Nad sobą czuliśmy powiew barw narodowych
Po trapówce na spoczynek się udaliśmy
W koi niemal o wszystko się obijaliśmy
W ten oto sposób rejsu dzień pierwszy upłynął
I każdy z nas od rzeczywistości odpłynął

***
Dzień drugi, Panie zmiłuj się, szósta trzydzieści
Kambuz się już krząta – to się w głowie nie mieści
O siódmej pobudka a następnie śniadanie
O ósmej apel i oficerów gadanie
Happy hour czyli czyszczenie dla czyszczenia
Wspaniała atrakcja, by nie doznać znudzenia
Stawianie żagli zaś potem klar na pokładzie
Po tych czynnościach chwila wytchnienia jak w sadzie
O kurcze, momencik, zapomniałem o kwestii
O piątej rano przybył ktoś o posturze bestii
Był to nasz nowy cook, na szczęście nie srogi
Wygląd Indianina i ogolone nogi
Ale mniejsza o to, pożegnaliśmy Sopot
Przed startem w regatach żagle strzeliły w łopot
I calutki konwój ruszył w stronę Gotlandii
A nie w kierunku typowej dla szant Irlandii
Na obiad dostałem kurczaka z gretingu
Było to moje psychiczne starcie na ringu
Na rejsie człowiek na inny tryb się przestroi
I ja po południu wylądowałem w koi
Dziewiętnasta trzydzieści – podano kolację
Była nienajgorsza – przyznacie mi rację
O godzinie dwudziestej wachta się zaczęła
Przyjemna, wieczorna bryza nas ogarnęła
Poznałem nawigację i trochę żeglugi
Po wachcie w koi. Tak nam upłynął dzień drugi

Maciej

***
Dawno nie przydarzyła mi się sytuacja, która wymagała ode mnie takiego nakładu cierpliwości i wytrwałości, zarówno fizycznej jak i psychicznej. Otóż trzeciego dnia rejsu, będąc w stanie nietypowej ekscytacji przeplatającej się z chwilami marazmu oraz nie zdając sobie sprawy z możliwości wystąpienia jakiegokolwiek poważnego utrudnienia, postanowiłem odwiedzić małe pomieszczenie na dziobie przy prawej burcie. Maszerując chwiejnie w jego kierunku, przez chwilę przeszła mi przez umysł wizja zalania Zaruskiego z mojego powodu, jednakże myśl ta ulotniła się tak szybko, jak przyszła i została przezwyciężona przez dające się we znaki jelita. Zasiadłszy i zrobiwszy, przystąpiłem do pompowania wedle odgórnie narzuconych instrukcji. Ku memu nieszczęściu i rozpaczy 15 minut wyrabiania bicepsa spełzło na niczym. Z pomocą przyszło dwóch ziomków, którzy nasłuchując kwadransowej walki z tłokiem, umierali ze śmiechu. Korzystając z rady jednego z nich (Ignor), którego doświadczenie pozwalało na obiektywną ocenę sytuacji, chwyciłem kubeczki i wiaderko i rozpocząłem mozolną wędrówkę z wodą barwy niezidentyfikowanej od kibelka aż na burtę, gdzie je opróżniłem. Niepokój i gniew były wprost proporcjonalne do ilości przeniesionych wiaderek. Naturalnie, napełnianie każdego wiadra łączyło się z niezliczoną ilością ruchów pompką, przez co wychodząc z małego, niezbyt wentylowanego pomieszczenia wyglądałem niczym maratończyk po biegu.
Po piątym wiadrze zrozumiałem, że moje działania były nieskuteczne i warto je porzucić. Ubrawszy więc rękawice rozpocząłem penetrację palcem grzebalcem, co jednak nie przyniosło zamierzonego efektu, a pogorszyło tylko sytuację, powodując, że poranna kiełbasa podchodziła mi do gardła. Skrajnie sponiewierany po 1,5 godzinnej harówie spytałem o radę bosmana, który oznajmił tonem jakże spokojnym i pozbawionym niepokoju, że istnieje zawór robiący coś, co mogło pomóc w mojej rozterce. Stosując się do tego, w ciągu zaledwie kilku minut wszystko zostało odetkane. Przyniosło mi to ogromną ulgę, niemniej jednak otrzymałem patetyczny przydomek „Pompka”, który na zawsze pośród tej załogi pozostanie nieodłącznym elementem mojego imienia, tak jak żagle są nieodłączną częścią żaglowca.

***
W pamięci pozostanie mi także 3-godzinne obciążanie bukszprytu, kiedy to zbliżając się do Visby, wiało najsilniej i tylko to zajęcie dostarczyło mi ulgę, gdy mój żołądek pragnął nakarmić ryby w morzu. Była to również wielka frajda i przyjemność doświadczyć po raz pierwszy chlustu morskiej wody z pokładu oraz prawdziwego bujania na falach. Natomiast w Visby razem z Maćkiem zostaliśmy zauroczeni przez śliczne dziewczęta o jasnych włosach i filigranowych sylwetkach.

Krystian

***
Godzina siódma. Budzę się i czuję,
Że mój błędniczek niestety wariuje.
Właśnie mam wachtę, lecz czuwać nie mogę,
Gdyż od godziny zajmuję podłogę.
Buja aż miło, lecz moje wnętrzności
Nie znoszą dobrze tych częstotliwości.
Do portu jeszcze dwie godziny drogi,
Lecz nadal nie mam siły zejść z podłogi.
Czuję się marnie pośród fal ogromu,
A w głowie tylko: „Matko, chcę do domu”.
Gdzieś po godzinie bądź dwóch tej niedoli
Udało mi się doczołgać do koi.
Nagle głos z nieba do mnie dociera
(Moja ostatnia dzisiejsza nadzieja)
Słyszę, że już się w porcie znajdujemy,
I za chwil kilka już przycumujemy.
Wkraczam na pokład ostatkiem mej mocy
I piękny obraz widzą moje oczy.
Visby, Gotlandia, to robi wrażenie.
Cudne widoczki budzą rozczulenie
W mym małym sercu, a dusza tułacza
Wręcz się wyrywa aby już zobaczyć
Wnętrze tej wyspy, więc plecak pakuję
I za chwil kilka już się tam znajduję:
Na lądzie pośród przepięknych uliczek,
Domków, sklepików, roślinek, wieżyczek,
Miejsce urocze, lecz długo nie chcemy
Tutaj zabawić, bo wszyscy czujemy,
Że morze wzywa a Zaruski czeka,
Aż znów ster trafi w ręce człowieka,
Który go znowu dumnie będzie nieść
Do portu w Sopocie po chwałę i cześć.
Przed wyruszeniem jeszcze wacht zmagania
W grze terenowej. Do opanowania
Jest trudna sztuka biegania po mieście
By odpowiedzi odnaleźć (nareszcie!)
Na wiele zadań oraz zgadywanek
I hasło, którego pilnuje baranek
(Bo tych na tejże wyspie nie brakuje)
Nasza załoga świetnie orientuje
Się w tych terenach, gdyż dobrze poznała
Cały ten obszar, gdy Wi-fi szukała.
Samo południe dzionka kolejnego.
Zmagań ciąg dalszy, więc w podróż daleką
Ruszają wszyscy. Już za krótką chwilę
Wyspa została nam daleko w tyle.
Wszystko gotowe, grot jest postawiony
I pozostałe żagle. Z każdej strony
Widać jedynie morze, niebo, fale.
Wiatr wieje w żagle, więc jest doskonale.
Zaruski płynie dzielnie po Bałtyku,
A my czekamy na ciasto z kubryku.
Z uśmiechem na ustach i pełni nadziei,
Że jako pierwsi na mecie będziemy.

Kinga

***

Dzisiaj kambuz. Pobudka o 6:30. Chryste Panie dlaczego tak wcześnie? Przygotowanie jedzenia dla tych niewdzięczników jest jak wbijanie sobie igieł w ciało. Ulubione hasło cooka „ Chodźmy zróbcie „ znakomicie widać w jego zachowaniu. Podczas sprzątania po śniadaniu u niektórych z wachty włącza się tzw. faza dreptania. Chodzą bez celu unikając roboty. Posprzątane i pozmywane. Nareszcie! Teraz trzeba obrać ziemniaki i ugotować obiad. W międzyczasie rufa statku została opanowana przez inhalującą się część załogi, dzięki czemu bardziej przypominamy parowiec niż żaglowiec. Skoro już o żaglach mowa. Ledwo się wleczemy. Średnia prędkość 0,8 węzła mierzi chyba wszystkich. Rufa się leni, a my obieramy kartofle. Po obiedzie zmywanie setki naczyń i spokój praktycznie aż do kolacji. A przynajmniej tak nam się zdawało, bo stara załoga postanowiła urządzić zmagania wacht. Zadania polegały na ciąganiu sznura, łopatologii umysłowo-żeglarskiej i przelewaniu wody z wiadra do wiadra. Normalnie ubaw po pachy. Po porażce poniesionej w Visby wygrana w tych „zawodach” wyciągnęła całą wachtę w głębokiej depresji. W międzyczasie Bosman w przebłysku geniuszu o imieniu Marta, postanowił zwodować ponton i zarządził zbiorowy prysznic na pokładzie. W samą porę, bo upał był nie do zniesienia. Po prysznicu czas na kąpiel na środku morza. Skok z burty statku do zaglonionej wody orzeźwia, ale i pozwala załodze ( razem z Oficerami i Bosmanem ) znowu zacząć śmierdzieć po prysznicu. Ponton przydał się do zrobienia zdjęć żaglowcowi podczas postoju na morzu. Wyszły całkiem ładne. Nawet nie widać, że wszystkie żagle wiszą. Po kąpieli w morzu wywieszona została gala gaciowo-ręcznikowa i przygotowana została kolacja. Jako, że w Gdańsku mieliśmy być w sobotę wieczorem, a wiatru jak nie było tak nie ma, Kapitan zdecydował o włączeniu silników i tym samym wycofaniu się z regat. Po kolacji jak zwykle szybkie zmywanie, a potem film. Głośniki potrzeszczały, projektor poświecił i w końcu pojawiły się napisy końcowe. Nareszcie można spać.
Następny ranek minął dość normalnie, poza tym, że w nocy ktoś próbował mnie związać. Pobudka w normalnej porze. Potem czterogodzinna wachta od 8 rano. Praży niesamowicie. Zaliczyliśmy niespodziewaną sesję fotograficzną mijając Endorphinę Dziś przyszedł czas, aby wachta, która wygrała grę terenową dostała nagrodę, a Oficerowie zapłacili za te kilka dni wyzysku wachty kambuzowej. Obiad zjedzony w mesie oficerskiej, podany i przygotowany przez oficerów, był odpowiednią nagrodą dla zwycięskiej wachty. Oficerowie zmuszeni byli do zjedzenia razem z resztą załogi. Twierdzą, że uczynili to z przyjemnością, ale nie każdy im w to wierzy.

Kacper

SailBook CUP 2014 wspomina wachta III

Relacja wachty III

Działo się, kiedy jeszcze żadne z Was nie wiedziało czym jest bukszpryt, w latach, kiedy kapitan Jaszczuk biegał po podwórku i zaczepiał dziewczyny a Pan Bosman zastanawiał się nad wzorem na pole koła. W pewnej leśnej chatce na skraju lasu mieszkała pięcioosobowa rodzina – mama i jej czworo synów. Dlaczego o tym mówimy? Jaka tragedia musiała ich spotkać, by nawet TVN o nich mówił? Straszne i brutalne rozdzielenie… Dlaczego? Przez kogo? Po co? Jak? Jak dotąd jeszcze nikt się nie dowiedział… Historia ma ta jednak o wiele więcej do zaoferowania niż nastraszenie Babą Jagą i przestrzeżenie przed wchodzeniem samotnie do lasu. Okazuje się, że los miał dać całej rodzinie jeszcze jedną szansę.
Gdańsk, Marina Sienna Grobla, ul. Na Stępce 6, jacht Generał Zaruski. Cała piątka spotyka się na pokładzie i wyrusza w rejs, który ma na zmienić nie tylko ich, ale również wszystkich pozostałych załogantów. A może jeszcze kogoś? Być może ma zmienić świat i ten jacht na zawsze?
Regaty – tak ma zacząć się ich pobyt na jachcie. Czy to im się uda? Czy aby los znowu nie planuje spłatać im kolejnego figla? Posłuchajcie tej opowieści a wszystkiego się dowiecie…
Plan jest krótki: Gdańsk – Visby – Gdańsk. Dookoła Gotlandii. Kto jeszcze jest na statku? Od tej chwili rodziny już nic nie może uratować – tylko woda, woda, dąb, sosna i mahoń. No i trochę żelastwa. Wszystko to zwane niekiedy jachtem, okrętem, statkiem czy żaglowcem ma zmienić na zawsze rodzinę, od teraz pieszczotliwie nazywanej przez niecnych poganiaczy niewolników wachtą III. Ciągnij! Wybieraj! Gdzie idziesz? Alarm do żagli! Wszyscy niewyspani. Ręce krwawią. Głowa pęka. To jeszcze nic! Północ. Spod pokładu wyłania się Ona. Zła czarownica. Marika. Dlaczego jest aż tak straszna? Może to jakaś klątwa albo straszny zły urok? Legenda głosi, że pewnego słonecznego dnia chiński władca Hong Zong Jao, zwany niekiedy Michałem Groźnym rzucił na nią zły urok. Od tamtej pory co północ budzi się na cztery godziny by męczyć i maltretować członków kolejnych wacht, w tym jak wiecie wachty III, naszej kochanej rodzinki. Nie śpij! Odpadnij! Ostrz! Wciągaj topsle! Ale to jeszcze nic! Naszą rodzinkę wezwała nawet pomimo tego, że to nie była ich wachta. Dlaczego tylko ich? Czy los nad nimi przestał już mieć litość? Dokąd to wszystko dąży?
Ale coś śmierdzi….! Pompuj, pompuj! Wiadro za wiadrem! Już nawet inni załoganci wyrządzają im krzywdę! Niesprawiedliwość za niesprawiedliwością… Teraz już nawet z toalet nie można korzystać… Czy to przypadek? Nie sądzę? To zamach! Na szczęście udało się jednak temu strasznemu problemowi zaradzić. Do teraz jednak na toaletach panuje zaklęcie niepewności…
Ląd! Ziemia na horyzoncie! Port! Visby! Hurra! Jest chyba jeszcze ratunek. Być może coś lub ktoś pomoże im w końcu odmienić swój los?
Dwa dni z dala od niepewności, strachu i czarownicy Mariki. Pierwszym krokiem naszej rodzinki odwiedzenie lokalnego uzdrowiciela, Ronalda McDonalda, który uleczył im powierzchowne rany i napoił eliksirem życia, Coca-Colą. Następnie udali się do lokalnych rzemieślników by zaopatrzyć się w luksusowe, szwedzkie artykuły. Wszystko to miałoby nie mieć końca gdyby nie dwa słowa – Gra Terenowa. Arcydiuk Piotr, jeden z poganiaczy dla własnej uciechy postanowił zorganizować zawody polegające na rozrzuceniu na terenie miasta kamiennych baranów. Zadanie nie do wykonania. Będąc tego pewnym postanowił zaoferować wspaniałą nagrodę – obiad w jednej z jego mahoniowych komnat wraz z osobistą obsługą arcydiuka. Cóż to był za błąd! Nasza dzielna rodzinka zdołała podołać zadaniu i przechytrzyła Piotra. Teraz jedynie wyczekiwać obiecanego obiadu.
Dobre szybko mija. Po dwóch dniach oczekiwania w porcie kapitan uznał, że pora wypływać. Rodzinka jednak miała nadzieję, że ostatnie nieoczekiwane wydarzenia wpłyną pozytywnie na sytuację na statku. Tym razem na szczęście nie mylili się. Kolejnego dnia po wypłynięciu fluidy wspaniałego obiadu przygotowanego przez rodzinkę doprowadził do zadziwiających pozytywnych zmian w zachowaniu poganiaczy, które wcale nie były spowodowane esencją z magicznego nibygroszku od zielarza Jake’a z Visby.
Otóż dla wszystkich załogantów zorganizowano zawody podczas których wszyscy wspaniale się bawili, a nawet sam Arcydiuk Piotr wziął w nich czynny udział. Bosmanowi jednak niezbyt się to spodobało i wszystkich bawiących się zlał zimnym, morskim prysznicem tym samym zrzucając do Bałtyku, z którego na pokład załoganci wracali żabką. Natrafili wtedy jednak na kompletny brak wiatru. Zaradzić temu szczerze chciał jeden z poganiaczy imieniem Ahmed al Hatar, w skrócie Adam, który próbując poruszyć wiatr zdetonował na pokładzie bombę. Zamiast jednak poruszyć wiatr odłamkiem włączył silnik, a tym samym wyrzucił nas z regat.
Najlepsze jednak dopiero miało się wydarzyć. Arcydiuk Piotr wraz ze swoimi kolegami poganiaczami przygotował wspaniały obiad dla rodzinki i reszty załogi, który diuk sam zaserwował, a podczas którego rodzinka w końcu znowu mogła się poczuć dobrze jak za dawnych lat.
I tak nasza historia powoli dobiega końca. Nasza dzielna piątka na zawsze zmieniła oficerów, jacht i wszystko to, co wymagało zmian na lepsze. Zapewne teraz jeszcze gdzieś płyną, wracając do macierzystego portu mając nadzieję, że jacht będzie prosperować wciąż tak samo świetnie jak teraz, a im dane będzie dalej tak wspaniale zmieniać świat na lepszy.
PS. Czarownica tylko wciąż wstaje o północy.

SailBook CUP 2014 wspomina wachta IV

Relacja wachty IV

Czwartego dnia regat dopłynęliśmy do malowniczego miasteczka Visby. Wszystkich zachwyciły piękne zabytki, jednak w zawiązku z uzależnieniem od Facebooka, część załogi poświęciła gro czasu na poszukiwaniach darmowego dostępu do internetu. Radości nie było końca, kiedy okazało się, że upragnione łącze jest dostępne w wykwintnej restauracji McDonald’s. jedynym ratunkiem od całkowitego zatracenia był integracyjny grill organizowany przez wszystkich uczestników regat. Załogi miały okazję na zapoznanie się przy wspólnych przygotowaniach oraz późniejszemu biesiadowaniu. Pomimo dużej różnicy wieku, wszyscy radośnie się bawili przegryzając kiełbaski 
Po skonsumowaniu grillowanych pyszności, większość załogi Zaruskiego rozeszła się w celu eksploracji Visby. Część osób skorzystała z okazji, zwiedzając przybyłe jachty. Dzięki uprzejmości załóg, mieliśmy możliwość zapoznania się z różnymi żaglowcami. Wieczorny spacer kontynuowaliśmy zwiedzając największe miasto Gotlandii. Przechadzkę zakończyliśmy wieczornym sprawdzeniem wiadomości na Facebooku – koniec końców, nie można na zbyt długo zniknąć z sieci („nie masz fejsa, nie istniejesz”).
Następnego dnia pobytu w Visby, w celu dogłębnego poznania miasta, oficerowie zorganizowali grę terenową. Podzielono nas według wacht, a następnie wręczono mapy z listą kilkunastu zadań. Dzięki temu, mieliśmy możliwość poznać historię miasteczka. Dodatkową motywacją była nagroda dla wygranej wachty – obiad przygotowany oraz podany przez oficerów. Po przeszło dwóch godzinach biegania po mieście, zmęczeni i zadowoleni wróciliśmy na pokład. Wieczorem, aby tradycji stało się zadość, zmęczona załoga wyruszyła w świat internetu.
Nazajutrz przed południem, po raz ostatni skorzystaliśmy z lądowych pryszniców oraz wykąpaliśmy się w morzu. Nie zabrakło również obowiązkowej wizyty w Mc.
Ostatnie chwile w porcie spędziliśmy na robieniu zdjęć wszystkich uczestników regat, a następnie wyruszyliśmy w dalszą podróż.

Sielanka – to bardzo łagodne określenie tego co miało nas czekać po wypłynięciu z Visby. Drugi etap „regat” zaczął się pogodą powiedzmy sprzyjającą żeglarstwu. Niestety trasa nie była dopasowana do kierunku wiatru, więc czekała nas żmudna „ halsówka” . gdy wszyscy już myśleli, że taki wiatr się utrzyma nadeszło wybawienie… wiatr przestał wiać! Tak właśnie rozpoczęła się nasza wyżej wspomniana sielanka. Grzaliśmy z zawrotną prędkością 0,4 węzła a smażing i opaling były jedyną pracą jaką trzeba było wykonać. Potem oficerowie urządzili zmagania wacht. Nieprzypadły mi one do gustu za to kąpiel w morzu na środku Bałtyku 5 mil od najbliższej wyspy była obłędna. Na koniec kapitan odpalił silniki i ruszyliśmy w drogę powrotną do Gdańska.

Filozoficzne zmagania z Bałtykiem

Relacjonuje dr Andrzej Kucner, organizator rejsu z ramienia Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

Podsumowanie czerwcowego morskiego rejsu, pierwszej tego rodzaju inicjatywy w uniwersytecie, wypada całkiem ambitnie: historyczny, unikatowy żaglowiec, dziesięć dni we wspólnym kubryku i na wachtach, przepłynięta ponad 1200-kilometrowa trasa, odwiedzone siedem polskich, duńskich i szwedzkich portów, zaliczone kotwicowisko i cumowanie „na dziko” w szkierach. Tak w skrócie można podsumować żeglarskie osiągnięcia letniego rejsu, w którym wzięli udział studenci, doktoranci, absolwenci, pracownicy Instytutu Filozofii UWM oraz członkowie uniwersyteckiego Yacht Klubu. STS Generał Zaruski był w tym rejsie miejscem bytowania 17 osób.

Rejs rozpoczął się 16 czerwca w Szczecinie, dokąd żaglowiec przygnały regaty Baltic Tall Ship Races. Zaruski zajął w nich w swojej klasie pierwsze miejsce. Rozpoczynaliśmy rejs nie tylko zabytkową jednostką (pierwsze wodowanie w 1939 roku), ale obdarzoną walorami regatowymi. Pierwsze popołudnie i wieczór zajęły rutynowe szkolenia w zakresie bezpieczeństwa i podstawowych alarmów. Debiutanci żeglarstwa przećwiczyli podstawowe węzły, poznali budowę takielunku oraz czynności związane z jego obsługą. Załoga podzieliła się na wachty, poznała ich rozkład i specyfikę.Wyruszaliśmy w rejs pod dowództwem charyzmatycznego kapitana, Jerzego Jaszczuka, i bosmana, Mirosława Bieleckiego, dla którego żaglowiec – jak się przekonaliśmy – pozostaje przedmiotem ciągłej, wytężonej pracy. Trzecim, stałym członkiem załogi – oficerem programowym – był Michał Olszewski.
Następnego dnia rano przy słonecznej pogodzie po śniadaniu oddaliśmy cumy i wypłynęliśmy w kierunku Świnoujścia. Po kilku godzinach osiągnęliśmy cel i po krótkim postoju późnym popołudniem opuściliśmy port wyszliśmy na otwarte morze. Słaby i korzystny wiatr nie zapowiadał nocnych emocji. Po kilku godzinach wzrost jego siły i rosnące fale wymagały zrzucenia części żagli. Noc na rozfalowanym morzu, prace na pokładzie w ulewnym deszczu i w ciągłych przechyłach wśród debiutantów wywołały widoczne emocje i pierwsze dolegliwości. Nocna wachta okazała się wyzwaniem, z którym jednak dzielnie sobie poradzili. Dzięki szybkiej żegludze kilka godzin po świcie zaoczyliśmy południowy brzeg Bornholmu, a w południe rzuciliśmy cumy w Nexo. Cichy port, zwiedzanie sympatycznego, miasteczka, drobne zakupy wyraźnie poprawiły nastroje. Jeszcze tego samego dnia wyszliśmy w kierunku jednego z ciekawszych miejsc na Bałtyku, żywego skansenu, jakim są wysepki Christiansoe i Frederikso, na których w XVII wieku Duńczycy wznieśli koszary i fortyfikacje, a do dziś zamieszkuje je stu stałych mieszkańców i tysiące ptaków. Późne popołudnie i wieczór w otoczeniu surowych murów obronnych, skalistych wzniesień, urokliwych domeczków i czystej przyrody wywarły ogromne wrażenie na wszystkich.

Następnego dnia rano opuściliśmy cichy port i udaliśmy się w kierunku szwedzkiej wyspy Hanö. Kotwicząc w pobliżu kamienistego brzegu motorówką opuszczoną z pokładu żaglowca niewielkimi grupami desantowaliśmy się na ląd. Szybki spacer po wyspie będącej rezerwatem dziko żyjących jeleni i dalsza droga w kierunku Karlskrony wypełniły ten dzień. Przed zapadnięciem zmierzchu zacumowaliśmy do gościnnej kei przy Muzeum Morskim, jednej z atrakcji miasta. Przy okazji nasz Zaruski stał się chwilowo eksponatem wzbudzającym ogromne zainteresowanie licznych gości muzeum. Późnym popołudniem następnego dnia wyszliśmy w morze. Flauta sprawiła, że drogę przez Kalmarsund pokonaliśmy na silnikach, a nad ranem przepłynęliśmy pod majestatycznym mostem łączącym Olandię z Kalmarem. Dalszy szlak wiódł przez coraz węższe, urokliwe odnogi szkierów. W słoneczne, ciepłe popołudnie, miejscowym zwyczajem Szwedów żaglowiec zacumowaliśmy do jednej ze skalistych wysepek, Skavdo. Urokliwe miejsce zatrzymało nas do północy. Dzika przyroda, spacery po zalesionych skalistych brzegach, wieczorne ognisko pełne dysput i sporów (także filozoficznych) sprawiły, że żalem opuszczaliśmy to miejsce. W poświacie księżyca wyruszyliśmy w kierunku Visby. W deszczowej pogodzie około południa weszliśmy do tego największego portu na Gotlandii. Miasteczko zachwyciło nas średniowieczną architekturą, której wizytówką jest kamienny mur obronny (3,5 km długości i 11 m wysokości) z blisko 40 basztami i bramami. Visby usiane jest galeriami i kawiarenkami, gęstą siecią uliczek i zaułków, wzdłuż których stoją setki zabytkowych domków, zaś jedną z atrakcji są ruiny kilku kościołów, przypominające o burzliwej historii miasta.

Z powodu niesprzyjających prognoz i wiatrów zrezygnowaliśmy z ostatniej, planowanej atrakcji rejsu, jakim miało być Faro – niewielka wyspa na północy Gotlandii, miejsce życia i pracy Ingmara Bergmana. Po dobowym postoju w Visby wyruszyliśmy w drogę powrotną. Po trzydziestogodzinnym rajdzie na południe wieczorem następnego dnia zacumowaliśmy w Helu. Kolacja kapitańska, która przedłużyła się do późnych godzin nocnych, zrodziła ideę i plan kolejnego rejsu. Ostatni etap do Gdańska pokonywaliśmy z przekonaniem, że nie jest to ostatni taki rejs…
Andrzej Kucner

Morska wyprawa na pokładzie Generała Zaruskiego okazała się wspaniałym zwieńczeniem roku akademickiego. Stała się – jak sądzę – jedną z tych podróży, o których się nie zapomni. Zmagania z wodnym żywiołem w połączeniu z pięknem wybrzeża Bałtyku, cykle dni, nocy i wacht ze zgraną załogą na pokładzie czy też piękny żaglowiec słusznie otoczony czcią; wszystko razem złożyło się na niezwykłość rejsu. Nie zabrakło filozoficznych dysput, które najczęściej odbywały się „na oku”, nierzadko przy udziale fal wchodzących na pokład i morskiej bryzy. Rozmowy na temat bytu, życia, sztuki nabierały „w tak pięknych okolicznościach przyrody” zupełnie nowego charakteru. Nie zabrakło też typowo żeglarskiej wiedzy, a niektórzy spośród uczestników na długo zapamiętają nazwy drzewców, lin czy okuć, ich kształt i funkcję. Dopełnieniem morskiej przygody były wędrówki po lądzie. Udało się nam, eksploratorom z Zaruskiego, zwiedzić zabytkowe perły takie jak Visby, archipelag Ertholmene (Christiansoe i Frederikso) oraz miasta portowe jak Karlskrona czy Nexo. Warto odnotować też bliskie spotkania z przyrodą – podczas wędrówki kamienistym wybrzeżem Hano, a zwłaszcza podczas sielankowego spotkania przy ognisku na pięknej, skalistej wyspie Skavdo.
Rejs taki jak ten, to bez wątpienia wspaniała okazja do tego, aby przeżyć niezapomnianą przygodę. Strzałem w dziesiątkę okazała się zmiana komfortowych pieleszy, na skromną, aczkolwiek przytulną koję. Dodać można na koniec niezapomniane słowa: „Pobudka, nasza wachta za dwadzieścia minut”. Wtajemniczeni wiedzą jakie skojarzenia wywołuj ten komunikat.

Tomasz Walczyk

Bytom Szkiery 2017

Dla nas, “Żeromszczaków” z Bytomia, rejs na STS “Generał Zaruski” to cały worek wspomnień. To przede wszystkim przełamywanie lęków, słabości i wewnętrznych ograniczeń, ale i szczęście spełnienia marzeń o przekraczaniu granic.
Wyruszyliśmy w nieznane, by zdobyć nowe doświadczenia i zdobyliśmy je. I choć często towarzyszyło nam poczucie bezradności, bo nie ze wszystkimi zadaniami dawaliśmy sobie radę, choć towarzyszyły nam “przechyły i przechyły”, do domu wróciliśmy trochę inni. Opaleni, szczęśliwi i z nową energią.

Mogliśmy się poznać lepiej, ćwiczyć się w tolerancji i współpracy.

Rejs dzięki fachowej opiece załogi, był odpoczynkiem od cywilizacji i wyłączeniem się z sieci.

Kapitan i oficerowie i prze-Bosman, byli dla nas bardzo wyrozumiali. Mamy nadzieję, że wybaczą nam nasza nieporadność.
Będziemy pamiętać, że rejs to choroba morska, że zawietrzna to miejsce przyjazne dla cierpiących “ból egzystencji” i balansowanie na krawędzi.

Nie zapomnimy kulinarnych wyczynów pana Czesia, nieprzespanych nocy, wacht, podczas których upajaliśmy się pięknymi wschodami i zachodami Słońca.

Skojarzymy spuchnięte oko Anity, “spanie inaczej”, gotowanie w trudnych warunkach, gitarowe szaleństwa i scenę w plenerze.
Czujemy, że w domu dopadnie nas tęsknota za tym, co było naszą morską przygodą na “Zaruskim”.

Dziękujemy! Było rewelacyjnie! Dziubaski Pana Krzysia

Baltic Pass - było bogato :)

Relacja wachty IV:

Wachta czwarta obstawia bezana,
Chętnie je obiady u kapitana Morgana.
Gdzie są hanepoty – to już świetniew wiemy ,
Nazwać wszystkie liny (prawie) umiemy.
W naszej wachcie są orły same
I zaraz będą pięknie opisane:
Starsza wachty – Elza, Elajza
Można by rzec, że upierdliwa łajza.
Bawi i uczy nas nawigacji
Śmieje się z nami przy każdej kolacji.
Agnieszka nasza sterować się boi,
A przy posiłkach i łezkę uroni.
Wzruszona choroby morskiej końcem
Zasypia na rufie ciesząc się słońcem.
Patrycja inaczej Krecikiem zwana
Bez zawrotów głowy na oku wytrzymała .
Wiktoria z kambuza by w ogóle nie wychodziła
Pewnego dnia szarlotką wszystkich obdarzyła.
Daniel zawietrzną burtę poznał doskonale,
Jego obiad przez dwa dni lądował w kanale.
Kuba to mistrz ciętej riposty
Swą siłą jest w stanie powalić wszelkie mosty
Lożą szyderców nas nazwano
Nasze żarty są niczym strzał w kolano.
Szybko przejdźmy do meritum sprawy
Jesteśmy mistrzami dobrej zabawy!

Jakub Boczyński:

Błękit morza, nad nim biała korona
A wśród fal rozbłyska drewniana ikona.
Na niej młoda załoga,
która hołd Neptunowi oddaje z umiarem
i tak płyniemy w różne świata strony
by poznać historię tej ikony,
która Zaruskiego nosi imię
i uczy wszystkich żeglugi twardej,
by z nas marynarze wyszli niepowtarzalni.
Jeśli chcesz poznać wspaniałą tę załogę
przypłyń na gdańskie wody.

Relacja całej załogi:

Na żaglowcu Generał Zaruski spędziliśmy 8 dni. Ponad tydzień w morzu, w 26 osób, wspólnie gotowaliśmy dla siebie posiłki, uczyliśmy się klarować liny, stawiać i zrzucać żagle, mieliśmy też zajęcia z nawigacji.
Mimo tego, że już pierwszego dnia wpajano nam nazwy wszystkich lin, dopiero na wewnętrznym egzaminie na wyspie Christianso okazało się , że spamiętanie wszystkich ich nazw oraz zastosowanie jest nie lada wyzwaniem dla początkujących żeglarzy.
Szybko staliśmy się zgraną załogą, która wspólnie poradziła sobie z wiatrem, falami i chorobą morską.
Rejs ten pozwolił nam poznać inspirującą historię STS „Generał Zaruski”. Dzięki niej mogliśmy poznać miejsce powstania żaglowca, przepiękne miasteczko Ekenas, po którym oprowadził nas pan Mats Meyerhofer.
Wycieczka podobała się wszystkim, szczególnie że na końcu zostaliśmy ugoszczeni drożdżówkami, kawą i lemoniadą przez Klub Żeglarski Ekenas.
Kolejnym etapem rejsu było zawitanie na malowniczą wyspę Christianso. Zachwyciła nas ona swoją specyfiką i lokalizacją z dala od cywilizacji. Na skalistym brzegu kąpały się foki. A wieczorem integrowaliśmy się przy ognisku, jedząc kiełbaski i pieczone ziemniaki, po czym resztę wieczoru spędziliśmy śpiewając szanty.
Rano wypłynęliśmy do Darłowa. Tam odbył się dzień otwarty. Zachęcaliśmy mieszkańców Darłowa i turystów do wejścia na pokład, opowiadaliśmy o naszym rejsie, a także o budowie i historii „Generała Zaruskiego”.
Po intensywnym dniu udaliśmy się na Hel. Tam posprzątaliśmy nasz żaglowiec, szykując się do zakończenia rejsu. Po pysznym obiedzie w tradycyjnej tawernie Cpt. Morgan, gdzie zachwycaliśmy się miękkim chlebem (który na rejsie nie był oczywistością) i pysznymi rybami, ustaliliśmy kurs na port zakończenia rejsu, czyli Gdańsk. Tam z wielkim żalem pożegnaliśmy się.

„Żyglarz” zawietrzny, Daniel Miedwiediuk:

Jest świt , wchodzę na pokład, wypływamy i już czuję że coś jest nie tak, sprawę dopełnia pierwsza wachta nawigacyjna. Wchodzę pod pokład i czuję że muszę wyjść; wypadam na pokład , zapinam lajfline i szybkim ruchem niszczę konkurencję innych leżących na zawietrznej. Po pierwszym opróżnieniu żołądka słyszę od bosmana: punkt dla wachty czwartej, po czym zaczynam następujące przemyślenia: czemu nie leżę teraz w swoim łóżku, co miałem w głowie decydując się na rejs oraz co pierwsze padnie – ja czy choroba morska? Po kilku seriach sprawdzam czas myśląc że minęły dwie godziny lecz minęły dopiero trzy minuty, a kapitan oznajmił iż do brzegu 15 godzin. Kolejne godziny spędziłem z butelką wody która po wlaniu do gardła od razu wracała do morza. Żołądek opuścił moje ciało już 15 mil temu. Na ratunek przyszła starsza wachty Eliza z jogurtem naturalnym i niemalże nakazała mi go zjeść, tak więc zrobiłem lecz jogurt po 15 minutach stwierdził ze też woli popływać samotnie i opuścił mój organizm. Taka dieta trwała przez pierwsze dwa dni rejsu. Procedura ta była już rutyną: pobudka, szelki, woda i na zawietrzną. Po dopłynięciu do Kalmaru nasz oficer Piotr zameldował mi że sprawdzał pogodę i niestety nie będę już miał bezpośredniego kontaktu z burtą zawietrzną, ku mojemu zdziwieniu trzeciego dnia wstałem a resztki mojego żołądka zaprzyjaźniły się z jedzeniem i błędnik dopiero zrozumiał ze za mocno szaleje. Od tamtej pory stałem na pokładzie i patrzałem się jak ci którzy szydzili z mojego dźwięku wydawanego podczas czynności przy burcie, robili dokładnie to samo, a ja doskonale poznałem burty statku 🙂

Anna Madej

Na Zaruskim 30 lat temu…

W czerwcu bieżącego roku (2017 – przyp. red.) podczas przejażdżki kajakiem po Motławie, z radością spostrzegłam “Generała Zaruskiego”. Podpłynęłam bliziutko, i wdałam się w pogawędkę z młodym człowiekiem, stojącym przy burcie. Popytałam o aktualne sprawy dotyczące żaglowca, a jednocześnie opowiedziałam o mojej wieloletniej sympatii i powiązaniu z “Zaruskim”. Pod koniec lat 80-tych, przez dwa lata pracowałam w Jastarni, w LOK’u, gdzie w tym czasie “Generałem Zaruskim” dowodził kpt. Michalski.To był WIELKI CZŁOWIEK!

Szanowany, ceniony i lubiany przez wszystkich. Mieliśmy bardzo sympatyczne relacje. Ja wyjechałam na dłużej do Niemiec i historia się urwała. Bywało, że przez lata czasem widywałam “Zaruskiego” na Motławie. Jakaś sympatia do tamtych lat pozostała. Znalazłam w starym albumie kilka zdjęć, które przesyłam – może się przydadzą do archiwum? Wówczas miałam 45 lat (dziś 75). Blondynka w białej spódnicy, to ja. Przy sterze z Kapitanem, to moja córka i wnuk, obecnie 30 letni mężczyzna. Ot, kawałek historii….

Żaglowiec wygląda świetnie, pięknie odmłodzony, choć w kolorach odmieniony. Życzę “Generałowi Zaruskiemu” wieeeelu jeszcze lat pod żaglami, a Panu i Załodze radości i satysfakcji z wszelkiego dobra jakie czynicie.
Pozdrawiam Anna Madej

Ps. Może kiedyś, gdy spotkam Was przy kei na Motławie, pozwolicie mi wejść na pokład? Byłoby miło!

  • Formularz kontaktowy
  • Armator jednostki
  • Statek / załoga