Wspomnienia

W tej części serwisu prezentujemy Wam wspomnienia dawnych rejsów i przygód na Zaruskim. Wierzymy że Wam się spodobają i podzielicie nasze przekonanie iż są to bezcenne relacje. Zachęcamy także wszystkich którzy mają w pamięci takie wydarzenia ze swoim udziałem, aby do nas napisali, przesłali zdjęcia lub skany dokumentów czy pamiątek. Z radością to opublikujemy, aby pamięć o tamtych czasach nie zaginęła i była dla nas wskazówką w żeglarskim dziele, jakie nakreślił gen. Mariusz Zaruski.

Roman Szwarc

Przygodę w Sztokholmie wspomina Roman Szwarc

W czerwcu 1977 roku 27 geodetów z całej Polski popłynęło na żaglowcu s/y „Generał Zaruski” na kongres geodezyjny FIG | fig.net | do Sztokholmu. Kapitanem był (śp) j.kpt.ż.w. Karol Zieliński a ja byłem zastępcą kapitana. Na podejściu do Sztokholmu jacht został odstawiony na kotwicę i aresztowany, gdyż armatorem był LOK , traktowany jako jednostka paramilitarna i nie miał stosownych zezwoleń na przebywanie na wodach Szwecji. Po 24 godzinach oczekiwania i interwencji konsularnej dostaliśmy zgodę i przycumowaliśmy w centrum portu. Kongres FIG uzyskał dzięki temu incydentowi dodatkową reklamę i przez tydzień jego trwania gościliśmy na pokładzie tłumy uczestników Kongresu. Promowaliśmy polski warsztat geodezyjny, co pozwoliło nawiązać w niekonwencjonalnej, żeglarskiej atmosferze wiele kontaktów i zaowocowało korzystnymi kontraktami na prace geodezyjne. W drodze powrotnej odwiedziliśmy Visby i Malmo, gdzie znowu z powodów formalnych nie pozwolono załodze zejść na ląd aby zwiedzić miasto. Pomysłowa załoga obejrzała Malmo pływając bączkiem po kanałach. Potem był jeszcze Helsingor, urocza Kopenhaga, Sassnitz i wyokrętowanie w Jastarni. Połączenie pracy zawodowej ze zdobywaniem doświadczeń żeglarskich było wspaniałym przeżyciem i zapadło załodze w pamięć na długie lata. Cieszę się bardzo, że s/y „Generał Zaruski” został ocalony i znowu pływa

Roman Szwarc j.kpt.ż.w.

Marian Kohnke

Wspomnienia Bosmana Mariana Kohnke

Właśnie w tych dniach mija 20 lat kiedy brałem udział w rejsie na pokładzie „Generał Zaruski” w małej operacji żagiel na Bałtyku w lipcu 1992 rejs z Jastarni do Kalskrony w Szwecji pokonaliśmy bez większych przygód. Jachtem dowodził generał w stanie spoczynku, długoletni kapitan „Generała Zaruskiego” Zbigniew Michalski, było to jego pożegnanie z jachtem. Zastępcą kapitana i jego następcą był Zbigniew Ornaf, a chiefem Jan Grygorec. Ja byłem bosmanem. 
Załogę „Generała Zaruskiego” stanowiła młodzież z całej Polski. Trasa regat przebiegała z Kalskrony (Szwecja) do Kotki (Finlandia), z Kotki do Tallina (Estonia ) i ostatni etap do Gdyni. W Kalskronie odbyła się uroczysta parada żaglowców pod pełnymi żaglami przed królem Szwecji. Następnie nastąpił start w regatach. Niestety szczęście nas opuściło. Na całej długości grot żagla pękł szew na brycie. Musieliśmy zrzucić grot żagiel i płynąć na kliwrze, foku i bezanie.

Niestety w tym czasie na „Generale Zaruskim” nie było ani zapasowego grot żagla ani maszyny do szycia. Dzielna załoga przez cztery doby na zmianę w czasie wolnej wachty ręcznie szyła pęknięty szew. Załoga była wspaniała, nikt nie migał się od szycia no i się udało – grot żagiel był naprawiony. Po postawieniu grot żagla „Generała Zaruskiego” ruszył do celu jakim był Fiński port Kotka. Po wpłynięciu na wody zatoki Fińskiej pod pełnymi żaglami osiągnęliśmy prędkość 10 węzłów. To jak na Zaruskiego doskonały wynik i tak płynęliśmy do samej Kotki. Nagroda jaka nas czekała w porcie to tasak z wygrawerowaną dedykacją dla Kuka, który najdłużej musiał się napracować w morzu. Zajęliśmy honorowe ostatnie miejsce w regatach z Kalskrony do Kotki. Niestety podczas postoju w czasie remontu w 1996/1997 w Gdańsku tasak został skradziony. Wspaniale że Zaruski wraca do swej świetności i znowu będą na nim łopotać żagle.

Bosman s/y „Generał Zaruski” | Marian Kohnke

Krzysztof Staręga

Zaruskiego wspomina Krzysztof Staręga

Równo 20 lat temu, w dniach 10 do 20 czerwca 1992 roku na pokładzie s/y „Generała Zaruskiego” brałem udział w rejsie po Bałtyku. Była to nagroda za zajęcie pierwszego miejsca w Turnieju Marynistycznym zorganizowanego przez redakcję „Głosu Wielkopolskiego”, Ośrodka Poznańskiej Telewizji, Radia Merkury i Zarządu Okręgowego Ligii Morskiej z okazji 60 rocznicy utworzenia poznańskiej Ligii Morskiej. Jachtem dowodził wówczas generał dywizji w stanie spoczynku Zbigniew Michalski. W czasie tego rejsu symbolicznie żegnał się On z morzem. Bosmanem był Marian Kohnke, a chiefem Jan Gregorec. Trzy czwarte uczestników rejsu to byli amatorzy, z których połowa po raz pierwszy w życiu wypłynęła na pełne morze. Spisywali się jednak znakomicie. Dopisywały humory, nie brakowało okazji do niewinnych żartów, ale gdy trzeba było, wszyscy spieszyli na swoje stanowiska przy żaglach oraz regularnie pełnili wachty.

Na spartańskie warunki na „Generale Zaruskim” narzekali zrazu niektórzy, ale rychło znakomita atmosfera wśród załogi i chęć sprawdzenia siebie w nierzadko ekstremalnych warunkach, uciszyła głosy nielicznych niezadowolonych. Liczyli chyba oni na luksusowo wyposażone kabiny, a nie na skromne prycze. Ale to jest właśnie urok żeglarstwa. A atrakcji nie brakowało. Oprócz sztormu i internowania „Generała Zaruskiego” przez Szwedów w Karlskronie, zawinięto do kilku portów – zarówno polskich, jak i niemieckiego Sassnitz, a do atrakcji zaliczyć też trzeba spotkanie na pełnym morzu z jachtem „Wielkopolska”. Mimo siły wiatru 4 w skali Beauforta oba jachty podeszły do siebie burta w burtę, na czym skorzystał płynący na „Generale” operator telewizji warszawskiej Krzysztof Juszczak (kręcił film o generale Michalskim). Na kilkanaście minut przesiadł się on na „Wielkopolskę”, z której pokładu sfilmował „Generała Zaruskiego” na pełnym morzu i to pod żaglami. Wszyscy cali i zdrowi zakończyli tą morską przygodę i… do dnia dzisiejszego jej nie zapomnieli.

Krzysztof Staręga

Edward Krokowski

Wspomnienia Edwarda Krokowskiego

Szanowni Państwo,
wielce mnie ucieszyła informacja o renowacji s/y „Generała Zaruskiego”. Pozwólcie, że podzielę się z Wami moimi wspomnieniami.
Otóż w 1955 roku na pokładzie „Generała Zaruskiego” (wtedy Młoda Gwardia) brałem udział w dwutygodniowym rejsie (Gdynia – Kołobrzeg – Ustka – Gdynia), a w 1956 roku w trzytygodniowym rejsie (Gdynia – Świnoujście – Szczecin – Kołobrzeg – Gdynia). Funkcję kapitańskie pełnili wówczas kapitan Lesiak i kapitan Pawłowski. W 1958 roku za zgodą Zarządu Głównego LPŻ, Klub Morski LPŻ w Skarżysku-Kamiennej organizował rejs do Brukseli na Światową Wystawę EXPO 1958. Po licznych perypetiach z doborem załogi (brak zgody MSW w stosunku do niektórych członków załogi na wyjazd zagraniczny) jacht dotarł do Brukseli zawijając po drodze do Londynu co na ówczesne czasy było dużym wydarzeniem. W tym rejsie brało udział 2 operatorów ówczesnej TVP, z Warszawy czego efektem był film. Klub LPŻ w Skarżysku-Kamiennej otrzymał kopię tego filmu. Pragnę nadmienić, że jestem w posiadaniu zdjęć zrobionych na pokładzie „Generał Zaruski” podczas rejsów, w których brałem udział. W ramach skromnych emeryckich możliwości wspomogę oczywiście remont jednostki wpłacając na podane przez Państwa konto.

Z poważaniem
 Sternik jachtowy 
Edward Krokowski | lat 77

Zbigniew A. Ciećkowski

O „Zaruskim” wspomnienia Zbigniewa A. Ciećkowskiego

S/y „Generał Zaruski” – taką nazwę otrzymał zbudowany w Szwecji, a sprowadzony po zakończeniu II wojny światowej, największy polski szkolny jacht żaglowy – dwumasztowy kecz, wyposażony również w dwa silniki. W zależności od siły wiatru i potrzeb można było na nim stawiać nawet do 300 metrów kwadratowych. Miał 5 dwuosobowych kabin – nie licząc kapitańskiej, a na śródokręciu 18 koi i dwa hamaki.
Statek dzielny – na miarę swojego patrona Generała Mariusza Zaruskiego – rzec można – Ojca Chrzestnego polskiego żeglarstwa (żył w latach 1867 – 1941). Zaruski był marynarzem, żeglarzem, taternikiem, pisarzem. Należał do Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, organizacji patriotycznej i niepodległościowej, działającej w zaborach: pruskim, austriackim i rosyjskim. W 1894 roku Zaruski zesłany został do guberni archangielskiej. Ukończył szkołę morską i pływał jako kapitan na rosyjskich statkach żaglowych.
 W 1901 roku zamieszkał w Krakowie, a od 1904 w Zakopanem. W 1909 roku założył Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe i kierował nim przez pięć lat. Od 1912 roku należał do polskiej organizacji paramilitarnej Związku Strzeleckiego, a od 1914 roku był w Legionach Polskich organizowanych przez Józefa Piłsudskiego. W czynnej służbie wojskowej pozostawał do 1926 roku. Generał Zaruski był organizatorem polskiego żeglarstwa morskiego, a zarazem komandorem Yacht Klubu Polskiego. W latach zaś 1934 – 1939 pływał jako kapitan na harcerskim jachcie szkolnym, trzymasztowym legendarnym szkunerze „Zawisza Czarny”.

Owi „morscy harcerze” krzewili następnie idee dostępu Polski do morza wśród młodzieży polskiej w miejscowościach gdzie mieszkali, w drużynach harcerskich – także morskich zakładanych nad rzekami i jeziorami. Idea ta urzeczywistniona została w następstwie II wojny światowej szerokim dostępem Polski do Bałtyku – od Elbląga do Szczecina. Na s/y „Zawiszy Czarnym” zdobywali też wiedzę żeglarską i obycie z pływaniem na morzu dwaj pierwsi kapitanowie s/y „Generała Zaruskiego”, kapitanowie żeglugi jachtowej: Zbigniew Szymański oraz Michał Sumiński. Uczyli mnie – o pokolenie młodszego – w rejsach po Bałtyku kunsztu żeglowania i obycia z morzem. Pierwszy – Szymański – jako kapitan żeglugi wielkiej pływał następnie chyba na dziesięcio-tysięczniku Polskiej Marynarki Handlowej. Był też komendantem Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Drugi – Sumiński – żeglując nadal zajmował się badaniem przyrody leśnej j jej popularyzacją. Jego piękne, pouczające audycje radiowe wprost urzekały; miał niezwykły dar naśladowania ptasich głosów. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku zajmowałem się przysposobieniem morskim młodzieży – w ramach Powszechnej Organizacji Służba Polsce i Ligi Morskiej, przygotowującej się do szkól morskich – cywilnych i Marynarki Wojennej. I wówczas to w Warszawie spotkałem Żonę – staruszkę sławnego jeszcze wówczas Generała Zaruskiego. Bardzo interesowała się przysposobieniem morskim młodzieży. Użyczała nawet organizatorom miejscowej grupy żeglarskiej swojego mieszkania na Żoliborzu.
Ale wracając na Bałtyk – portem macierzystym s/y „Generała Zaruskiego” była wówczas Ustka. Należał do Ligi morskiej. Tam tez znajdował się Centralny Ośrodek Szkolenia Morskiego Ligi Morskiej. Byłem kursantem w tym Ośrodku, sposobiąc się na instruktora żeglarstwa morskiego. Często wychodziliśmy na „Zaruskim” w morze. I wtedy: cumy rzuć, wybieraj spring, żagle w górę, żagle w dół, fały buchtuj, a gdy się gdzieś zacisnęły to po wantach na maszty by je zluzować. No i praktyka przy sterze, tajniki nawigacyjne na mapie.

Chyba dwa dni przed Wielkanocą 1947 roku, kolejne ćwiczenia wyjścia w morze: kurs na północ i powrót na redę Ustki. I tak mieśmy powtarzać przez dobę. Szło nieźle, ale nadciągała mgła. Coś nam z nawigacją i logiem (odmierzanie przebytych mil) nie wyszło. Wprawdzie kapitan Szymański się zorientował, a ale już „Zaruski” szorował kilem po dnie morza. Mgła się trochę podniosła – patrzymy, a tu dwóch marynarzy stoi na brzegu. Było akurat na wprost koszar Marynarki Wojennej w Ustce. Rwetes niebywały! Silnikami cala wstecz; statek ani drgnął. Kapitan Szymański wpadł na pomysł: powiązaliśmy cumy i inne mocne liny poprzez dziobowa kluzę (otwór w nadburciu), założyliśmy na kabestan (windę). Do końca tej liny przywiązana została kotwica. Łodzią (motorówką pokładową) kotwicę wywieźliśmy możliwie daleko do tyłu i rzuciliśmy by chwyciła dna.
 Na „Zaruskim” było kilka ton ruchomego balastu (żeliwne kostki).

Tą samą łodzią balast wywieźliśmy na brzeg; lina kotwiczna była stale napinana (na stram). Gdy przenieśliśmy do łodzi resztę balastu „Zaruski” drgnął. Wtedy ile sił kabestanem nawijana była lina kotwiczna do pionu. „Zaruski” obrócił się i zakołysał. I wtedy: Kotwicę rwij! Wolno silnikiem naprzód – na bezpieczna (miękką) wodę. Dobrze, ze nie było dużej fali. „Zaruski” na kotwicy lekko się tylko kołysał. Trzeba było z powrotem przywieść z brzegu balast i rozłożyć w zenzach „Zaruskiego” – praca mordercza, a zaczęło dmuchać. Mgła opadła – tu wejście do Ustki jak na dłoni. „Zaruski” wszedł do portu, zarzuciliśmy cumy. Wszyscy odetchnęli z ulgą. W rejsie tego roku do Kopenhagi nie było kłopotów, ale rok później do ówczesnego Leningradu (Petersburga) sztorm aż do Zatoki Fińskiej dał się całej załodze dobrze we znaki – korzystali ci co mogli najeść się do syta, bo u wielu szwankował apetyt – wychylali się często przez burtę podkarmiając rybki. Jeden taki co chciał być kapitanem statku, gdy zacumowaliśmy po powrocie w Gdyni, nie czekał na trap, wyskoczył na brzeg i więcej podobno na morze nie wrócił.

W 1950 roku dopiero co utworzona Niemiecka Republika Demokratyczna – szef jej rządu, zawarł w Zgorzelcu z rządem Polski układ uznający polską zachodnia granice na Odrze i Nysie Łużyckiej – dla Polski wielka sprawa. Liga Morska zorganizowała, przy akceptacji najwyższych władz, rejs na „Zaruskim” do portów NRD. Uczestniczyli w nim instruktorzy – aktywiści Ligi Morskiej. Dowodził kapitan Szpakowski – chyba z Krakowa. Byli jacyś politycy. Rejs miał na celu zbliżanie młodzieży polskiej i niemieckiej. Było wiele spotkań.
 W rejsie tym byłem na „Zaruskim” trzecim oficerem wachtowy M (szturmanem). Był wrzesień. Wracaliśmy do kraju i po minięciu Helu skierowaliśmy się do Nowego Portu. Było po obiedzie, miałem wachtę. Na Zatoce Gdańskiej spokojnie. Kucharz zatem wyniósł na pokład wystawne zestawy stołowe, pakując je do zdania (porcelanowe i posrebrzane – były potrzebne podczas spotkań z miejscowymi dostojnikami).
 Patrzę, a nad Gdynią pojawiły się jakieś dziwne chmury. Mówię do kapitana – chyba dmuchnie. Patrzmy, co dalej. Nie minęło parę minut, a tu raptem „biały szkwał”, gwizd na wantach, „Zaruski” przysiadł na burtę, aż woda sięgnęła niemal do polowy pokładu. Zerwało buchty (zwoje) fałów wiszących na wantach i przerzuciło na zawietrzną. Powstały kłopoty z zrzucaniem żagli. Wdmuchało nas niemal za Hel. Gdy się uspokoiło zbliżał się zmrok. Weszliśmy do Nowego Poru. Najwięcej strapiony był kucharz. Bo gdy ów szkwał położył niemal „Zaruskiego” na burtę, owe kunsztowne zastawy stołowe wypadły za burtę. Jak ja się z tego rozliczę – biadolił.

Ileż to lat temu! Uczestniczyłem także w przeprowadzeniu „Zaruskiego” z Gdyni do Ustki. Przyjechała po niego grupa nas z Ustki – z COMu. I ja z nimi. Trzeba było statek sklarować do drogi. Roboty dużo. A mnie w ostatniej chwili przesadzili na jacht „Batory” (typu Koń Morski – to taki przedwojenny jednomasztowy atlantycki jacht. I razem z „Zaruskim” żeglowaliśmy do Ustki. Staraliśmy się płynąć w łączności wzrokowej. Nieopodal Ustze, sternik źle zamanewrował, przerzuciło bom, który uderzy mnie od tyłu w szyję i wpadłem za burtę. Był kwiecień, zimno, jeszcze kry spływały z Zatoki Fińskiej. Byłem w ubraniu sztormowym, ale trzymałem się na wodzie. Widać Neptun mnie nie chciał, a Mefisto też odrzucił. A było tak, ze wypadając schwyciłem się końca marlinki. Stała jej buchta na pokładzie. Pozostawałem za rufą coraz dalej, ale w końcu marlinka się zaplątała i zaczepiła o knagę na pokładzie. Szarpnęło mną. Owinąłem na obu rękach. Tym czasem prowadzący „Batorego” zrobił zwrot, podpłynął do mnie i koledzy wyciągnęli mnie na pokład. Byłem bohaterem dnia, nawet awansowałem na bosmana pokładowego.
Na „Zaruskim” ćwiczyliśmy codziennie – nawet na pokładzie odbywały się wykłady. W końcu lata pożeglowaliśmy do Kopenhagi, w 1948 roku do Leningradu – ówczesnego, w 1949 roku ślepe rejsy po Bałtyku, a w 1950 do NRD. Po powrocie z rejsu zakotwiczyłem w Marynarce Wojennej. Służyłem w niej 25 lat, potem zostałem zesłany do GZP WP w Warszawie. W I. C. MON było sporo marynarzy. I tu dobiegła końca w 1989 roku w grudniu moja żegluga i służba.

Komandor rez. Zbigniew A. Ciećkowski (jachtowy kapitan żeglugi wielkiej) | Warszawa | 26.01.2009

Maria Thomsen

Pierwsze lata Zaruskiego – materiały Marii Thomsen

Niedawno otrzymaliśmy miły list od osoby, która miała okazję żeglować na Zaruskim w pierwszych latach jego powojennej morskiej służby pod polską banderą. Pani Maria Thomsen (wcześniej Grochowska), zdobyła w 1953 roku Mistrzostwo Polski w Morskich Mistrzostwach Żeglarskich Polski, z załogą LPŻ Szczecin w składzie Grochowska (sternik), Kordalewska, Pyszczak i Trzosówna. Jest nam niezmiernie miło zetknąć się z tak odległą historią Zaruskiego – niewielu jest jeszcze jej świadków, którzy na dodatek kontaktują się z nami. Poniżej prezentujemy Wam dokumentację zdjęciową i prasową. Jeśli otrzymamy od p. Marii jakiś dalszy opis jej żeglarskich przygód na Zaruskim, opublikujemy go. Serdecznie pozdrawiamy p. Marię Thomsen.

Słowo się rzekło – publikujemy krótką opowiastkę, którą właśnie otrzymaliśmy od p. Marii. Niezwykłe były to czasy i przygody młodych żeglarzy. Poczytajcie sami (nie zmieniono nawet jednego przecinka):

Wyjście na Morze w roku 1952 z małego portu gdyńskiego było prawie nie możliwe.żeglowaliśmy na kilówkach w basenie.Przy wyjściu z basenu po prawej stronie była budka Wopistów,którzy mieli Telefon.Wyjście z basenu ,może ktoś nie uwierzy,było zabezpieczone łańcuchem Nasi dzielni sternicy podpływali do wyjścia a zdenerwowani wopiści zaraz brali słuchawkę do ręki i telefonowali,pewnie że chcemy uciec na morze.To była świetna zabawa dla nas ,czy dla Wopistów ,chyba nie.
Ponieważ mieliśmy zdawać egzaminy ,ja np. Na sternika morskiego musiałam mieć przepływane mile morskie.Ale skąd je mieć skoro nas na morze nie wypuszczają.Wreszcie udało się naszym funkcjonariuszom dostać zezwolenie na wypłynięcie na morze na określony czas bez zawinięcia do obcych portów Zezwolenie dostały dwa yachty „ Młoda Gwardia” i jeszcze jeden duży mógł to być „Hetmann”,napewno niewiem,bo ja zostałam zamusztrowana na „Młodej Gwardi” (gen. Zaruski) Kapitanem był Szpakowski.Było to wielkie przeżycie , poraz pierwszy na morzu Bałtyckiem.Któregoś dnia zrobiło się nam w mesie przy obiedzie za gorąco ,ktoś wpadł na pomysł pójścia z miskami na deck ,było nas może czterych wariatów.Chowamy się za maszt i jemy spokojnie nasz posiłek.A tu nagle zjawia się Kpt.Szpakowski z krzykiem co my sobie myślimy,gdzie jest nasza dysziplina i.tp. ogarnęło nas przerażenieco teraz,no jak co teraz,marsz na pierwszy sailing i z powrotem.Dostałam tam na górze stracha bo jeszcze tak wysoko nigdy na Yachcie nie byłam,chwała Bogu że nie było prawie fal.,jakoś szczęśliwie wróciliśmy na pokład.Przestałam kapitana lubić.Mile zaliczyłam i zdałam egzamin na sternika morskiego.W ten sposób mogłam W roku 1953 wystartować jako sternik na konikach w mistrzostwach Polski Gdynia-Sopot.

Zachęcamy Was także do lektury poruszających wspomnień żeglarskich p. Marii na stronie: Zeszyty Żeglarskie

Adam Drzastwa

Szkołę życia na Zaruskim wspomina Adam Drzastwa

W 1984 roku uczestniczyłem w rejsie Generałem Zaruskim z Jastarni przez Hel do Ustki. Wchodząc na pokład miałem niecałe dwanaście lat, schodząc na ląd w Ustce czułem jakbym miał lat osiemnaście. Była to tak intensywna szkoła życia. Poznałem co to szorowanie pokładu i kingstona, nocne wachty w dwie osoby gdzie reszta załogi spała, biegałem po “klucz od kilwatera”, alarmy p.poż i np. człowiek za burtą. Moim głównym zadaniem była obsługa foka. Zwijałem “słoneczka”, siedziałem na “oku”, bosman pozwolił mi przez dwie godziny w nocy samodzielnie trzymać kurs – ale byłem z siebie dumny! Śpiewałem szanty. Widziałem jaką siłę ma lina gdy bije po pokładzie, kiedy zerwał się latacz. Byłem świadkiem jak bosman przez jedną wachtę wyprowadził “na ludzi”, najbardziej “napuszonego” uczestnika rejsu – ksywa “Kurzaj”. Pamiętam jak chłopak wykrzykiwał w kierunku bosmana: nie wiesz z kim zadarłeś, nie wiesz kim jest mój ojciec i takie tam inne pozdrowienia. Okazało się, że jak dopłynęliśmy, nic ojcu nie powiedział. Co więcej, spotkałem go po kilku latach, porozmawialiśmy – wyrósł na fajnego człowieka. Pamiętam “Siwka”, który od drugiego dnia leżał na pokładzie i miał taką chorobę morską, że jedyne co mówił to “dobijcie mnie” ;). Co do choroby morskiej to pamiętam, że jedliśmy głównie kisiel i makaron. Kto to przechodził wie dlaczego akurat takie miękkie dania! Mieliśmy instruktaż, jak już musicie coś zrobić to idźcie na burtę zawietrzną. Nie zapomnę wspomnianego “Siwka” jak wybiegł na pokład i ustawił się pod wiatr, ale był ubaw… Mimo, że było to trzydzieści lat temu, a ja miałem niecałe dwanaście, pamiętam każdą minutę. Przed rejsem podciągałem się na drążku 4 razy, po kilku dniach już 20. Jeszcze dzisiaj zawiązuję jedną ręką węzeł ratowniczy w 2 sekundy, a prawie nigdy go więcej nie robiłem.
Załączam skan mojej karty rejsu z 1984 roku.

Adam Drzastwa

SailBook CUP 2014 wspomina wachta I

Dzień 1

Siedzę w busie myśląc czego się spodziewać… Czy to będzie duży jacht? Jacy będą moi towarzysze? Czy dam sobie radę? Tyle pytań a zero odpowiedzi, pozostaje tylko czekać … Przyjeżdżam spóźniona, wysiadam z taksówki i rozglądam się wokół i nagle…dostrzegam go stoi przy kei wystają z niego dwa piękne, potężne maszty, odbijające się od wód Motławy. To on, to Generał Zaruski w pełnej krasie oczekujący na wyjście w morze. Emocje we mnie zaczynają buzować, czuje szczęście ale i radość. Wsiadam witając załogę, oficerów i kapitana. Zajmuję miejsce i zaczynam słuchać rad oficerów, którzy przygotowują nas do żeglugi. Pierwszy oficer Piotr wyjaśnia nam na czym polega przynależność do załogi i zapoznaje nas z obsługą jachtu i bezpieczeństwem na wodzie. Wszystko gotowe –zaczynamy! Stawiamy żagle, co jest dla mnie wielką tajemnic ą słyszę tylko komendy : trzymaj , ciągnij , zbieraj… Wszyscy przestraszeni rozglądają się i próbują ogarnąć o co chodzi. Gdy żagle są już postawione emocje lekko opadają czuję tylko lekki chłodny wiatr który owiewa mi twarz i plącze włosy. Wachta 4 która ma dzisiaj kambuz ugotowała pyszny żurek. Wszyscy zasiedli przy stole, zrobiła się taka ciepła, przyjemna atmosfera, zaczęliśmy rozmawiać miedzy sobą, poznawać się każdy po kolei. Chwilę później dotarliśmy do Sopotu. Wpływając do pięknego portu była akcja zrzucania żagli przy której znów było trochę stresu ale „z czasem będzie coraz lepiej” powtarzała Mary druga oficer załogi. Klarujemy cumy, przygotowujemy odbijacze i cumujemy do portu. Podczas zbiórki załogi oficerowie zapoznają nas o przygotowanej dla uczestników regat imprezie, która ma się odbyć Sopockim Klubie Żeglarskim . Po zmroku udajemy się na imprezę. Do lokalu było 30 minut drogi ale nasza wspaniała wachta świetnie wykorzystała ten spacer, krótkie zwiedzanie Sopotu – zaliczone! W klubie była już większa część załogi, dosiedliśmy się do niej i delektowaliśmy się kiełbaskami z grilla. Po imprezie zmęczeni udaliśmy się do portu aby dobrze wyspać się na rozpoczęcie regat.

Dzień 2

Dzisiaj nas czekał kambuz, więc pobudkę mieliśmy o pół godziny szybciej. Na śniadanie postanowiliśmy przygotować jajecznicę, która wyszła naprawdę nieźle. O 8 apel na rufie, bicie szklanek i wciąganie bandery wprowadziły naprawdę fajny, żeglarski nastrój. Po krótkich ogłoszeniach udaliśmy się na uroczystość rozpoczęcia regat na molo. Była orkiestra, dostaliśmy koszulki od Sailbook Cup’u, a przy okazji udało mi się wygrać super śmieszne różowe okulary z Tauronu. Po powrocie na jacht przygotowania do postawienia żagli i o 12 zaczynamy regaty! Ten pozytywny stres i adrenalina wypełniały mnie od środka. Ledwo zdążyłam nacieszyć się chwila już pogonili mnie do garów bo nadchodziła pora obiadowa i ktoś ten obiad musiał przygotować. Na obiad przygotowaliśmy soczystego kurczaka z ryżem i warzywami. Po zjedzeniu czekała na mnie ogromna góra garów do umycia, ale z pomocą kolegów z wachty dałam rade. Chwila odpoczynku, relaks i znów gotowanie – czas kolacji. Na szczęście to już ostatni posiłek dnia bo już wyczerpana i bez sił zasnęłam w mojej koi jak małe dziecko.

Dzień 3

Ten dzień zaczął się dobrze, śniadanie było pyszne, pogoda słoneczna ale co gorsze bezwietrzna a dla żeglarzy takich jak my wiatr był bardzo potrzebny, my bez niego to jak ryba bez wody. Wspaniały kapitan czuwał nad sytuacją i daliśmy radę wypłynąć z zatoki Gdańskiej. Wachta od 8 do 12 minęła całkiem przyjemnie potem spanie i znów wachta od 16 do 20. Te dni na jachcie tak szybko mijają.

Dzień 4

Ranne ptaszki, wstaliśmy bezboleśnie o 4 na wachtę. Towarzystwo Michała bardzo dobrze na nas wpłynęło a wschód słońca stworzył romantyczny klimat. Godzina na oku , godzina przy sterze, godzina jako nawigator i godzina…robienia kawy?! Największa frajda to wybijanie szklanek i budzenie reszty załogi o tak. Zaczynamy się czuć pewnie na statku. Dzielnie robimy zwroty i słuchamy wszystkich komend. To był dzień w którym fale zaczynały się wzbudzać . Moim zdaniem to był wręcz najbardziej wietrzny dzień rejsu. Niektórych zaczynała męczyć choroba morska i bardzo źle się czuli ale nasza wachta nie odleciała. Przyspieszyliśmy do 8 węzłów i zanim się obejrzeliśmy dotarliśmy do portu w Visby. Niestety nie wszyscy dotarli na manewry w porcie ponieważ ich koje były bardziej przekonujące niż jeden oficerów. Po zacumowaniu i zjedzeniu obiadu czas wolny wykorzystaliśmy na spacer po miasteczku. Nietypowa, słoneczna a wręcz gorąca pogoda w Szwecji pozytywnie wszystkich zaskoczyła, a miasteczko wyglądało jeszcze piękniej. Z górki i pod górkę spacerujemy zwiedzając szczególne zakątki Visby a Kleks nasz wspaniały kolega z załogi robi nam za przewodnika. Potężne mury obronne, ruiny kościołów, barwne ogrody i chłodne fontanny zapewniły nam atrakcji do końca dnia. Posiedzenie w McDonaldzie na darmowym wi-fi, prawdziwa młodzież XXI w. Na kolacje grill z wszystkimi uczestnikami regat , wspaniali ludzie, żeglarska atmosfera, kiełbaski z grilla przygotowane przez najmłodszego uczestnika załogi. Wspaniały dzień dobiegł końca, po zmroku zmęczona zwiedzaniem załoga zasnęła.

Dzień 5

Po śniadaniu mieliśmy czas wolny, oprócz wachty kambuzowej oczywiście. Oficerowie zapoznali nas o grze terenowej która ma się odbyć, wyjaśnili reguły gry i kazali zapoznać się dokładnie z miastem ponieważ gra sprawdzi naszą wiedze na jego temat. Nagroda to obiad podany przez oficerów w mesie kapitańskiej. Gdy Piotr krzyknął czas start wszyscy ruszyli szukać odpowiedzi na pytania przygotowane przez jury. Takie emocje, adrenalina, rywalizacja, szał ciał każda wachta chciała wygrać. Najlepsza zabawa była przy robieniu „selfie” z Szwedami z blond włosami, szukanie literek schowanych pod baranami i liczenie 74 stopni schodów. Po upływie 2 godzin i 30 min biegliśmy z całych sił z powrotem na jacht. Ostatnim zadaniem było wspiąć się na maszt w poszukiwaniu karteczki z podpowiedzią do słowa, które miało powstać z literek spod baranów. Byliśmy drudzy lecz nadal mieliśmy szanse wygrać. Jury trzymało nas w niepewności aż do kolacji. Po zliczeniu wszystkich punktów byliśmy drudzy, czyli nie wygraliśmy głównej nagrody, lecz dostaliśmy chustki i czapki sponsorowane przez projekt M.A.S.T. Główną nagrodę zdobyła wachta 3. Liczy się dobra zabawa. Na koniec dnia była kolacja a tuż po niej kto na wachtę ten na pokład a reszta do koi spać.

Dzień 6

Znów dzień w którym jesteśmy kambuzem. Pobudka i przygotowanie śniadania. Po apelu o 8 oczywiście jak co dzień happy hour czyli wspólne sprzątanie jachtu. Ostatni wolny czas na wyspie wykorzystaliśmy na ostatnie zakupy i darmowe wi-fi w McDonaldzie. No i przygotowania do kontynuacji regat. Bezstresowe już postawienie żagli i lecimy. Jako kambuz przygotowaliśmy przepyszny obiad. Wiatru brak a fale bujają nas na wszystkie strony. Kucharz wpadł na świetny pomysł aby zrobi szarlotkę lecz marzenia marzeniami – szarlotka nie wyszła tak jak miała wyjść, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma i liczą się dobre chęci. Po ogarnięciu naczyń nadszedł czas na relaks. Taki upał jak nigdy na środku Bałtyku brak wiatru od 4 h stoimy w miejscu z nudów i braku ruchu oficerowie wymyślili „wzmagania wacht” czyli różnorodne konkursy. Konkurencje intelektualne i fizyczne. Była świetna zabawa i super zwalczanie nudy. Wszyscy się śmiali i walczyli o wygraną. Niektórym bardziej do gustu przypadł testy wiedzy o żeglarstwie innym zaś konkurencje takie jak : skakanie na odbijaczach , przeciąganie liny czy przenoszenie gąbką wody z jednego wiadra do drugiego . Na koniec nasz kochany Bosman pozwolił na się kapać w morzu , to dopiero przeżycie. Skakanie na głębokość 130 m do lodowatej wody, nie każdy ma taką okazję. Zrzuciliśmy ponton do wody, wywiesiliśmy drabinkę i każdy wskakiwał do wody. Wszyscy pływali, skakali śmiali się, naprawdę była zabawa. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i zaraz musieliśmy wyjść z wody i się osuszyć. Po takiej kąpieli pozostało tylko zjeść kolacje i położyć się w koi. Brak wiatru zmusił nas do zrezygnowania z regat i włączenia silnika. Na koniec dnia oficerowie puścili nam francuski film pt. ”Tarbarly” niestety większość była aż tak zmęczona że zasnęła podczas filmu.

Dzień 7

O 4 rano pobudka na wachtę o świcie. To takie wspaniałe z herbatą w ręku przy sterze patrzeć jak piękna czerwona tarcza słońca wznosi się nad horyzont. Chilloutowa muzyka dobre towarzystwo i pierwsza połowa wachty zleciała. Pyszne śniadanko a po nim smażing na rufie. Dziś jest ten dzień kiedy to wachcie 3 oficerowie gotują i podają posiłki. Takiego obiadu tu jeszcze nie było. Wachta 3 wykapała się , wystroiła i zasiadła w mesie oficerskiej wraz z kapitanem i bosmanem. A my reszta załogi delektowaliśmy się pysznym obiadem wraz z resztą oficerów. Dzień mija bardzo szybko, słońce świeci a wiatru wciąż nie ma , słychać tylko szum silnika i muzykę Michała. Cała załoga się relaksuje.

SailBook CUP 2014 wspomina wachta II

Wierszem dusza moja śpiewa…

W piątek o czternastej weszliśmy na żaglowiec
Przy czym nie obyło się bez spóźnionych owiec
Znalazłem sobie koję i plecak wrzuciłem
Później na piękny pokład od razu ruszyłem
I z pozoru niegroźnych ludzi zobaczyłem
Zaś jacht był śliczny tak jak sobie wymarzyłem
Zaczęła się drętwa z załogą integracja
Gadaliśmy w łóżeczku – cóż za wariacja
Lecz potem się jakoś wszystko rozkręciło
I na szczęście się towarzystwo polubiło
Przyszedł dziwny pan z brodą i wszystko tłumaczył
Również typ ożaglowania opisać raczył
Na równe doświadczeniem wachty nas podzielił
Oraz planu na calutki dzień nam udzielił
W końcu z Gdańska do Sopotu wypłynęliśmy
Tego dnia pierwszy raz żagle postawiliśmy
Zaruski w bajdewindzie wyglądał dostojnie
Czas upływał nam miło i bardzo spokojnie
Cumując w Sopocie przykuliśmy uwagę
Czuliśmy się ważni – to miało wielką wagę
Najważniejszą atrakcją było na maszt wchodzenie
Robienie selfie i na salingu siedzenie
Otrzymaliśmy na imprezę zaproszenie
Było tam piwo z kija gaszące pragnienie
Był też złoty samogon i z grilla karkówka
Zamknięta impreza, nie jakaś tam masówka
Jedynym negatywem był zespół szantowy
Gdy go słuchałem wzierał się paw kolorowy
Czuliśmy się w porcie jak panowie na włości
Niektórzy patrzyli na nas w złości i zazdrości
Większość to ludzie „wyższych stanów świadomości”
Sporo było tu chętnych nieproszonych gości
Dlatego czuwaliśmy na wachtach trapowych
Nad sobą czuliśmy powiew barw narodowych
Po trapówce na spoczynek się udaliśmy
W koi niemal o wszystko się obijaliśmy
W ten oto sposób rejsu dzień pierwszy upłynął
I każdy z nas od rzeczywistości odpłynął

***
Dzień drugi, Panie zmiłuj się, szósta trzydzieści
Kambuz się już krząta – to się w głowie nie mieści
O siódmej pobudka a następnie śniadanie
O ósmej apel i oficerów gadanie
Happy hour czyli czyszczenie dla czyszczenia
Wspaniała atrakcja, by nie doznać znudzenia
Stawianie żagli zaś potem klar na pokładzie
Po tych czynnościach chwila wytchnienia jak w sadzie
O kurcze, momencik, zapomniałem o kwestii
O piątej rano przybył ktoś o posturze bestii
Był to nasz nowy cook, na szczęście nie srogi
Wygląd Indianina i ogolone nogi
Ale mniejsza o to, pożegnaliśmy Sopot
Przed startem w regatach żagle strzeliły w łopot
I calutki konwój ruszył w stronę Gotlandii
A nie w kierunku typowej dla szant Irlandii
Na obiad dostałem kurczaka z gretingu
Było to moje psychiczne starcie na ringu
Na rejsie człowiek na inny tryb się przestroi
I ja po południu wylądowałem w koi
Dziewiętnasta trzydzieści – podano kolację
Była nienajgorsza – przyznacie mi rację
O godzinie dwudziestej wachta się zaczęła
Przyjemna, wieczorna bryza nas ogarnęła
Poznałem nawigację i trochę żeglugi
Po wachcie w koi. Tak nam upłynął dzień drugi

Maciej

***
Dawno nie przydarzyła mi się sytuacja, która wymagała ode mnie takiego nakładu cierpliwości i wytrwałości, zarówno fizycznej jak i psychicznej. Otóż trzeciego dnia rejsu, będąc w stanie nietypowej ekscytacji przeplatającej się z chwilami marazmu oraz nie zdając sobie sprawy z możliwości wystąpienia jakiegokolwiek poważnego utrudnienia, postanowiłem odwiedzić małe pomieszczenie na dziobie przy prawej burcie. Maszerując chwiejnie w jego kierunku, przez chwilę przeszła mi przez umysł wizja zalania Zaruskiego z mojego powodu, jednakże myśl ta ulotniła się tak szybko, jak przyszła i została przezwyciężona przez dające się we znaki jelita. Zasiadłszy i zrobiwszy, przystąpiłem do pompowania wedle odgórnie narzuconych instrukcji. Ku memu nieszczęściu i rozpaczy 15 minut wyrabiania bicepsa spełzło na niczym. Z pomocą przyszło dwóch ziomków, którzy nasłuchując kwadransowej walki z tłokiem, umierali ze śmiechu. Korzystając z rady jednego z nich (Ignor), którego doświadczenie pozwalało na obiektywną ocenę sytuacji, chwyciłem kubeczki i wiaderko i rozpocząłem mozolną wędrówkę z wodą barwy niezidentyfikowanej od kibelka aż na burtę, gdzie je opróżniłem. Niepokój i gniew były wprost proporcjonalne do ilości przeniesionych wiaderek. Naturalnie, napełnianie każdego wiadra łączyło się z niezliczoną ilością ruchów pompką, przez co wychodząc z małego, niezbyt wentylowanego pomieszczenia wyglądałem niczym maratończyk po biegu.
Po piątym wiadrze zrozumiałem, że moje działania były nieskuteczne i warto je porzucić. Ubrawszy więc rękawice rozpocząłem penetrację palcem grzebalcem, co jednak nie przyniosło zamierzonego efektu, a pogorszyło tylko sytuację, powodując, że poranna kiełbasa podchodziła mi do gardła. Skrajnie sponiewierany po 1,5 godzinnej harówie spytałem o radę bosmana, który oznajmił tonem jakże spokojnym i pozbawionym niepokoju, że istnieje zawór robiący coś, co mogło pomóc w mojej rozterce. Stosując się do tego, w ciągu zaledwie kilku minut wszystko zostało odetkane. Przyniosło mi to ogromną ulgę, niemniej jednak otrzymałem patetyczny przydomek „Pompka”, który na zawsze pośród tej załogi pozostanie nieodłącznym elementem mojego imienia, tak jak żagle są nieodłączną częścią żaglowca.

***
W pamięci pozostanie mi także 3-godzinne obciążanie bukszprytu, kiedy to zbliżając się do Visby, wiało najsilniej i tylko to zajęcie dostarczyło mi ulgę, gdy mój żołądek pragnął nakarmić ryby w morzu. Była to również wielka frajda i przyjemność doświadczyć po raz pierwszy chlustu morskiej wody z pokładu oraz prawdziwego bujania na falach. Natomiast w Visby razem z Maćkiem zostaliśmy zauroczeni przez śliczne dziewczęta o jasnych włosach i filigranowych sylwetkach.

Krystian

***
Godzina siódma. Budzę się i czuję,
Że mój błędniczek niestety wariuje.
Właśnie mam wachtę, lecz czuwać nie mogę,
Gdyż od godziny zajmuję podłogę.
Buja aż miło, lecz moje wnętrzności
Nie znoszą dobrze tych częstotliwości.
Do portu jeszcze dwie godziny drogi,
Lecz nadal nie mam siły zejść z podłogi.
Czuję się marnie pośród fal ogromu,
A w głowie tylko: „Matko, chcę do domu”.
Gdzieś po godzinie bądź dwóch tej niedoli
Udało mi się doczołgać do koi.
Nagle głos z nieba do mnie dociera
(Moja ostatnia dzisiejsza nadzieja)
Słyszę, że już się w porcie znajdujemy,
I za chwil kilka już przycumujemy.
Wkraczam na pokład ostatkiem mej mocy
I piękny obraz widzą moje oczy.
Visby, Gotlandia, to robi wrażenie.
Cudne widoczki budzą rozczulenie
W mym małym sercu, a dusza tułacza
Wręcz się wyrywa aby już zobaczyć
Wnętrze tej wyspy, więc plecak pakuję
I za chwil kilka już się tam znajduję:
Na lądzie pośród przepięknych uliczek,
Domków, sklepików, roślinek, wieżyczek,
Miejsce urocze, lecz długo nie chcemy
Tutaj zabawić, bo wszyscy czujemy,
Że morze wzywa a Zaruski czeka,
Aż znów ster trafi w ręce człowieka,
Który go znowu dumnie będzie nieść
Do portu w Sopocie po chwałę i cześć.
Przed wyruszeniem jeszcze wacht zmagania
W grze terenowej. Do opanowania
Jest trudna sztuka biegania po mieście
By odpowiedzi odnaleźć (nareszcie!)
Na wiele zadań oraz zgadywanek
I hasło, którego pilnuje baranek
(Bo tych na tejże wyspie nie brakuje)
Nasza załoga świetnie orientuje
Się w tych terenach, gdyż dobrze poznała
Cały ten obszar, gdy Wi-fi szukała.
Samo południe dzionka kolejnego.
Zmagań ciąg dalszy, więc w podróż daleką
Ruszają wszyscy. Już za krótką chwilę
Wyspa została nam daleko w tyle.
Wszystko gotowe, grot jest postawiony
I pozostałe żagle. Z każdej strony
Widać jedynie morze, niebo, fale.
Wiatr wieje w żagle, więc jest doskonale.
Zaruski płynie dzielnie po Bałtyku,
A my czekamy na ciasto z kubryku.
Z uśmiechem na ustach i pełni nadziei,
Że jako pierwsi na mecie będziemy.

Kinga

***

Dzisiaj kambuz. Pobudka o 6:30. Chryste Panie dlaczego tak wcześnie? Przygotowanie jedzenia dla tych niewdzięczników jest jak wbijanie sobie igieł w ciało. Ulubione hasło cooka „ Chodźmy zróbcie „ znakomicie widać w jego zachowaniu. Podczas sprzątania po śniadaniu u niektórych z wachty włącza się tzw. faza dreptania. Chodzą bez celu unikając roboty. Posprzątane i pozmywane. Nareszcie! Teraz trzeba obrać ziemniaki i ugotować obiad. W międzyczasie rufa statku została opanowana przez inhalującą się część załogi, dzięki czemu bardziej przypominamy parowiec niż żaglowiec. Skoro już o żaglach mowa. Ledwo się wleczemy. Średnia prędkość 0,8 węzła mierzi chyba wszystkich. Rufa się leni, a my obieramy kartofle. Po obiedzie zmywanie setki naczyń i spokój praktycznie aż do kolacji. A przynajmniej tak nam się zdawało, bo stara załoga postanowiła urządzić zmagania wacht. Zadania polegały na ciąganiu sznura, łopatologii umysłowo-żeglarskiej i przelewaniu wody z wiadra do wiadra. Normalnie ubaw po pachy. Po porażce poniesionej w Visby wygrana w tych „zawodach” wyciągnęła całą wachtę w głębokiej depresji. W międzyczasie Bosman w przebłysku geniuszu o imieniu Marta, postanowił zwodować ponton i zarządził zbiorowy prysznic na pokładzie. W samą porę, bo upał był nie do zniesienia. Po prysznicu czas na kąpiel na środku morza. Skok z burty statku do zaglonionej wody orzeźwia, ale i pozwala załodze ( razem z Oficerami i Bosmanem ) znowu zacząć śmierdzieć po prysznicu. Ponton przydał się do zrobienia zdjęć żaglowcowi podczas postoju na morzu. Wyszły całkiem ładne. Nawet nie widać, że wszystkie żagle wiszą. Po kąpieli w morzu wywieszona została gala gaciowo-ręcznikowa i przygotowana została kolacja. Jako, że w Gdańsku mieliśmy być w sobotę wieczorem, a wiatru jak nie było tak nie ma, Kapitan zdecydował o włączeniu silników i tym samym wycofaniu się z regat. Po kolacji jak zwykle szybkie zmywanie, a potem film. Głośniki potrzeszczały, projektor poświecił i w końcu pojawiły się napisy końcowe. Nareszcie można spać.
Następny ranek minął dość normalnie, poza tym, że w nocy ktoś próbował mnie związać. Pobudka w normalnej porze. Potem czterogodzinna wachta od 8 rano. Praży niesamowicie. Zaliczyliśmy niespodziewaną sesję fotograficzną mijając Endorphinę Dziś przyszedł czas, aby wachta, która wygrała grę terenową dostała nagrodę, a Oficerowie zapłacili za te kilka dni wyzysku wachty kambuzowej. Obiad zjedzony w mesie oficerskiej, podany i przygotowany przez oficerów, był odpowiednią nagrodą dla zwycięskiej wachty. Oficerowie zmuszeni byli do zjedzenia razem z resztą załogi. Twierdzą, że uczynili to z przyjemnością, ale nie każdy im w to wierzy.

Kacper

SailBook CUP 2014 wspomina wachta III

Relacja wachty III

Działo się, kiedy jeszcze żadne z Was nie wiedziało czym jest bukszpryt, w latach, kiedy kapitan Jaszczuk biegał po podwórku i zaczepiał dziewczyny a Pan Bosman zastanawiał się nad wzorem na pole koła. W pewnej leśnej chatce na skraju lasu mieszkała pięcioosobowa rodzina – mama i jej czworo synów. Dlaczego o tym mówimy? Jaka tragedia musiała ich spotkać, by nawet TVN o nich mówił? Straszne i brutalne rozdzielenie… Dlaczego? Przez kogo? Po co? Jak? Jak dotąd jeszcze nikt się nie dowiedział… Historia ma ta jednak o wiele więcej do zaoferowania niż nastraszenie Babą Jagą i przestrzeżenie przed wchodzeniem samotnie do lasu. Okazuje się, że los miał dać całej rodzinie jeszcze jedną szansę.
Gdańsk, Marina Sienna Grobla, ul. Na Stępce 6, jacht Generał Zaruski. Cała piątka spotyka się na pokładzie i wyrusza w rejs, który ma na zmienić nie tylko ich, ale również wszystkich pozostałych załogantów. A może jeszcze kogoś? Być może ma zmienić świat i ten jacht na zawsze?
Regaty – tak ma zacząć się ich pobyt na jachcie. Czy to im się uda? Czy aby los znowu nie planuje spłatać im kolejnego figla? Posłuchajcie tej opowieści a wszystkiego się dowiecie…
Plan jest krótki: Gdańsk – Visby – Gdańsk. Dookoła Gotlandii. Kto jeszcze jest na statku? Od tej chwili rodziny już nic nie może uratować – tylko woda, woda, dąb, sosna i mahoń. No i trochę żelastwa. Wszystko to zwane niekiedy jachtem, okrętem, statkiem czy żaglowcem ma zmienić na zawsze rodzinę, od teraz pieszczotliwie nazywanej przez niecnych poganiaczy niewolników wachtą III. Ciągnij! Wybieraj! Gdzie idziesz? Alarm do żagli! Wszyscy niewyspani. Ręce krwawią. Głowa pęka. To jeszcze nic! Północ. Spod pokładu wyłania się Ona. Zła czarownica. Marika. Dlaczego jest aż tak straszna? Może to jakaś klątwa albo straszny zły urok? Legenda głosi, że pewnego słonecznego dnia chiński władca Hong Zong Jao, zwany niekiedy Michałem Groźnym rzucił na nią zły urok. Od tamtej pory co północ budzi się na cztery godziny by męczyć i maltretować członków kolejnych wacht, w tym jak wiecie wachty III, naszej kochanej rodzinki. Nie śpij! Odpadnij! Ostrz! Wciągaj topsle! Ale to jeszcze nic! Naszą rodzinkę wezwała nawet pomimo tego, że to nie była ich wachta. Dlaczego tylko ich? Czy los nad nimi przestał już mieć litość? Dokąd to wszystko dąży?
Ale coś śmierdzi….! Pompuj, pompuj! Wiadro za wiadrem! Już nawet inni załoganci wyrządzają im krzywdę! Niesprawiedliwość za niesprawiedliwością… Teraz już nawet z toalet nie można korzystać… Czy to przypadek? Nie sądzę? To zamach! Na szczęście udało się jednak temu strasznemu problemowi zaradzić. Do teraz jednak na toaletach panuje zaklęcie niepewności…
Ląd! Ziemia na horyzoncie! Port! Visby! Hurra! Jest chyba jeszcze ratunek. Być może coś lub ktoś pomoże im w końcu odmienić swój los?
Dwa dni z dala od niepewności, strachu i czarownicy Mariki. Pierwszym krokiem naszej rodzinki odwiedzenie lokalnego uzdrowiciela, Ronalda McDonalda, który uleczył im powierzchowne rany i napoił eliksirem życia, Coca-Colą. Następnie udali się do lokalnych rzemieślników by zaopatrzyć się w luksusowe, szwedzkie artykuły. Wszystko to miałoby nie mieć końca gdyby nie dwa słowa – Gra Terenowa. Arcydiuk Piotr, jeden z poganiaczy dla własnej uciechy postanowił zorganizować zawody polegające na rozrzuceniu na terenie miasta kamiennych baranów. Zadanie nie do wykonania. Będąc tego pewnym postanowił zaoferować wspaniałą nagrodę – obiad w jednej z jego mahoniowych komnat wraz z osobistą obsługą arcydiuka. Cóż to był za błąd! Nasza dzielna rodzinka zdołała podołać zadaniu i przechytrzyła Piotra. Teraz jedynie wyczekiwać obiecanego obiadu.
Dobre szybko mija. Po dwóch dniach oczekiwania w porcie kapitan uznał, że pora wypływać. Rodzinka jednak miała nadzieję, że ostatnie nieoczekiwane wydarzenia wpłyną pozytywnie na sytuację na statku. Tym razem na szczęście nie mylili się. Kolejnego dnia po wypłynięciu fluidy wspaniałego obiadu przygotowanego przez rodzinkę doprowadził do zadziwiających pozytywnych zmian w zachowaniu poganiaczy, które wcale nie były spowodowane esencją z magicznego nibygroszku od zielarza Jake’a z Visby.
Otóż dla wszystkich załogantów zorganizowano zawody podczas których wszyscy wspaniale się bawili, a nawet sam Arcydiuk Piotr wziął w nich czynny udział. Bosmanowi jednak niezbyt się to spodobało i wszystkich bawiących się zlał zimnym, morskim prysznicem tym samym zrzucając do Bałtyku, z którego na pokład załoganci wracali żabką. Natrafili wtedy jednak na kompletny brak wiatru. Zaradzić temu szczerze chciał jeden z poganiaczy imieniem Ahmed al Hatar, w skrócie Adam, który próbując poruszyć wiatr zdetonował na pokładzie bombę. Zamiast jednak poruszyć wiatr odłamkiem włączył silnik, a tym samym wyrzucił nas z regat.
Najlepsze jednak dopiero miało się wydarzyć. Arcydiuk Piotr wraz ze swoimi kolegami poganiaczami przygotował wspaniały obiad dla rodzinki i reszty załogi, który diuk sam zaserwował, a podczas którego rodzinka w końcu znowu mogła się poczuć dobrze jak za dawnych lat.
I tak nasza historia powoli dobiega końca. Nasza dzielna piątka na zawsze zmieniła oficerów, jacht i wszystko to, co wymagało zmian na lepsze. Zapewne teraz jeszcze gdzieś płyną, wracając do macierzystego portu mając nadzieję, że jacht będzie prosperować wciąż tak samo świetnie jak teraz, a im dane będzie dalej tak wspaniale zmieniać świat na lepszy.
PS. Czarownica tylko wciąż wstaje o północy.

SailBook CUP 2014 wspomina wachta IV

Relacja wachty IV

Czwartego dnia regat dopłynęliśmy do malowniczego miasteczka Visby. Wszystkich zachwyciły piękne zabytki, jednak w zawiązku z uzależnieniem od Facebooka, część załogi poświęciła gro czasu na poszukiwaniach darmowego dostępu do internetu. Radości nie było końca, kiedy okazało się, że upragnione łącze jest dostępne w wykwintnej restauracji McDonald’s. jedynym ratunkiem od całkowitego zatracenia był integracyjny grill organizowany przez wszystkich uczestników regat. Załogi miały okazję na zapoznanie się przy wspólnych przygotowaniach oraz późniejszemu biesiadowaniu. Pomimo dużej różnicy wieku, wszyscy radośnie się bawili przegryzając kiełbaski 
Po skonsumowaniu grillowanych pyszności, większość załogi Zaruskiego rozeszła się w celu eksploracji Visby. Część osób skorzystała z okazji, zwiedzając przybyłe jachty. Dzięki uprzejmości załóg, mieliśmy możliwość zapoznania się z różnymi żaglowcami. Wieczorny spacer kontynuowaliśmy zwiedzając największe miasto Gotlandii. Przechadzkę zakończyliśmy wieczornym sprawdzeniem wiadomości na Facebooku – koniec końców, nie można na zbyt długo zniknąć z sieci („nie masz fejsa, nie istniejesz”).
Następnego dnia pobytu w Visby, w celu dogłębnego poznania miasta, oficerowie zorganizowali grę terenową. Podzielono nas według wacht, a następnie wręczono mapy z listą kilkunastu zadań. Dzięki temu, mieliśmy możliwość poznać historię miasteczka. Dodatkową motywacją była nagroda dla wygranej wachty – obiad przygotowany oraz podany przez oficerów. Po przeszło dwóch godzinach biegania po mieście, zmęczeni i zadowoleni wróciliśmy na pokład. Wieczorem, aby tradycji stało się zadość, zmęczona załoga wyruszyła w świat internetu.
Nazajutrz przed południem, po raz ostatni skorzystaliśmy z lądowych pryszniców oraz wykąpaliśmy się w morzu. Nie zabrakło również obowiązkowej wizyty w Mc.
Ostatnie chwile w porcie spędziliśmy na robieniu zdjęć wszystkich uczestników regat, a następnie wyruszyliśmy w dalszą podróż.

Sielanka – to bardzo łagodne określenie tego co miało nas czekać po wypłynięciu z Visby. Drugi etap „regat” zaczął się pogodą powiedzmy sprzyjającą żeglarstwu. Niestety trasa nie była dopasowana do kierunku wiatru, więc czekała nas żmudna „ halsówka” . gdy wszyscy już myśleli, że taki wiatr się utrzyma nadeszło wybawienie… wiatr przestał wiać! Tak właśnie rozpoczęła się nasza wyżej wspomniana sielanka. Grzaliśmy z zawrotną prędkością 0,4 węzła a smażing i opaling były jedyną pracą jaką trzeba było wykonać. Potem oficerowie urządzili zmagania wacht. Nieprzypadły mi one do gustu za to kąpiel w morzu na środku Bałtyku 5 mil od najbliższej wyspy była obłędna. Na koniec kapitan odpalił silniki i ruszyliśmy w drogę powrotną do Gdańska.

Filozoficzne zmagania z Bałtykiem

Relacjonuje dr Andrzej Kucner, organizator rejsu z ramienia Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

Podsumowanie czerwcowego morskiego rejsu, pierwszej tego rodzaju inicjatywy w uniwersytecie, wypada całkiem ambitnie: historyczny, unikatowy żaglowiec, dziesięć dni we wspólnym kubryku i na wachtach, przepłynięta ponad 1200-kilometrowa trasa, odwiedzone siedem polskich, duńskich i szwedzkich portów, zaliczone kotwicowisko i cumowanie „na dziko” w szkierach. Tak w skrócie można podsumować żeglarskie osiągnięcia letniego rejsu, w którym wzięli udział studenci, doktoranci, absolwenci, pracownicy Instytutu Filozofii UWM oraz członkowie uniwersyteckiego Yacht Klubu. STS Generał Zaruski był w tym rejsie miejscem bytowania 17 osób.

Rejs rozpoczął się 16 czerwca w Szczecinie, dokąd żaglowiec przygnały regaty Baltic Tall Ship Races. Zaruski zajął w nich w swojej klasie pierwsze miejsce. Rozpoczynaliśmy rejs nie tylko zabytkową jednostką (pierwsze wodowanie w 1939 roku), ale obdarzoną walorami regatowymi. Pierwsze popołudnie i wieczór zajęły rutynowe szkolenia w zakresie bezpieczeństwa i podstawowych alarmów. Debiutanci żeglarstwa przećwiczyli podstawowe węzły, poznali budowę takielunku oraz czynności związane z jego obsługą. Załoga podzieliła się na wachty, poznała ich rozkład i specyfikę.Wyruszaliśmy w rejs pod dowództwem charyzmatycznego kapitana, Jerzego Jaszczuka, i bosmana, Mirosława Bieleckiego, dla którego żaglowiec – jak się przekonaliśmy – pozostaje przedmiotem ciągłej, wytężonej pracy. Trzecim, stałym członkiem załogi – oficerem programowym – był Michał Olszewski.
Następnego dnia rano przy słonecznej pogodzie po śniadaniu oddaliśmy cumy i wypłynęliśmy w kierunku Świnoujścia. Po kilku godzinach osiągnęliśmy cel i po krótkim postoju późnym popołudniem opuściliśmy port wyszliśmy na otwarte morze. Słaby i korzystny wiatr nie zapowiadał nocnych emocji. Po kilku godzinach wzrost jego siły i rosnące fale wymagały zrzucenia części żagli. Noc na rozfalowanym morzu, prace na pokładzie w ulewnym deszczu i w ciągłych przechyłach wśród debiutantów wywołały widoczne emocje i pierwsze dolegliwości. Nocna wachta okazała się wyzwaniem, z którym jednak dzielnie sobie poradzili. Dzięki szybkiej żegludze kilka godzin po świcie zaoczyliśmy południowy brzeg Bornholmu, a w południe rzuciliśmy cumy w Nexo. Cichy port, zwiedzanie sympatycznego, miasteczka, drobne zakupy wyraźnie poprawiły nastroje. Jeszcze tego samego dnia wyszliśmy w kierunku jednego z ciekawszych miejsc na Bałtyku, żywego skansenu, jakim są wysepki Christiansoe i Frederikso, na których w XVII wieku Duńczycy wznieśli koszary i fortyfikacje, a do dziś zamieszkuje je stu stałych mieszkańców i tysiące ptaków. Późne popołudnie i wieczór w otoczeniu surowych murów obronnych, skalistych wzniesień, urokliwych domeczków i czystej przyrody wywarły ogromne wrażenie na wszystkich.

Następnego dnia rano opuściliśmy cichy port i udaliśmy się w kierunku szwedzkiej wyspy Hanö. Kotwicząc w pobliżu kamienistego brzegu motorówką opuszczoną z pokładu żaglowca niewielkimi grupami desantowaliśmy się na ląd. Szybki spacer po wyspie będącej rezerwatem dziko żyjących jeleni i dalsza droga w kierunku Karlskrony wypełniły ten dzień. Przed zapadnięciem zmierzchu zacumowaliśmy do gościnnej kei przy Muzeum Morskim, jednej z atrakcji miasta. Przy okazji nasz Zaruski stał się chwilowo eksponatem wzbudzającym ogromne zainteresowanie licznych gości muzeum. Późnym popołudniem następnego dnia wyszliśmy w morze. Flauta sprawiła, że drogę przez Kalmarsund pokonaliśmy na silnikach, a nad ranem przepłynęliśmy pod majestatycznym mostem łączącym Olandię z Kalmarem. Dalszy szlak wiódł przez coraz węższe, urokliwe odnogi szkierów. W słoneczne, ciepłe popołudnie, miejscowym zwyczajem Szwedów żaglowiec zacumowaliśmy do jednej ze skalistych wysepek, Skavdo. Urokliwe miejsce zatrzymało nas do północy. Dzika przyroda, spacery po zalesionych skalistych brzegach, wieczorne ognisko pełne dysput i sporów (także filozoficznych) sprawiły, że żalem opuszczaliśmy to miejsce. W poświacie księżyca wyruszyliśmy w kierunku Visby. W deszczowej pogodzie około południa weszliśmy do tego największego portu na Gotlandii. Miasteczko zachwyciło nas średniowieczną architekturą, której wizytówką jest kamienny mur obronny (3,5 km długości i 11 m wysokości) z blisko 40 basztami i bramami. Visby usiane jest galeriami i kawiarenkami, gęstą siecią uliczek i zaułków, wzdłuż których stoją setki zabytkowych domków, zaś jedną z atrakcji są ruiny kilku kościołów, przypominające o burzliwej historii miasta.

Z powodu niesprzyjających prognoz i wiatrów zrezygnowaliśmy z ostatniej, planowanej atrakcji rejsu, jakim miało być Faro – niewielka wyspa na północy Gotlandii, miejsce życia i pracy Ingmara Bergmana. Po dobowym postoju w Visby wyruszyliśmy w drogę powrotną. Po trzydziestogodzinnym rajdzie na południe wieczorem następnego dnia zacumowaliśmy w Helu. Kolacja kapitańska, która przedłużyła się do późnych godzin nocnych, zrodziła ideę i plan kolejnego rejsu. Ostatni etap do Gdańska pokonywaliśmy z przekonaniem, że nie jest to ostatni taki rejs…
Andrzej Kucner

Morska wyprawa na pokładzie Generała Zaruskiego okazała się wspaniałym zwieńczeniem roku akademickiego. Stała się – jak sądzę – jedną z tych podróży, o których się nie zapomni. Zmagania z wodnym żywiołem w połączeniu z pięknem wybrzeża Bałtyku, cykle dni, nocy i wacht ze zgraną załogą na pokładzie czy też piękny żaglowiec słusznie otoczony czcią; wszystko razem złożyło się na niezwykłość rejsu. Nie zabrakło filozoficznych dysput, które najczęściej odbywały się „na oku”, nierzadko przy udziale fal wchodzących na pokład i morskiej bryzy. Rozmowy na temat bytu, życia, sztuki nabierały „w tak pięknych okolicznościach przyrody” zupełnie nowego charakteru. Nie zabrakło też typowo żeglarskiej wiedzy, a niektórzy spośród uczestników na długo zapamiętają nazwy drzewców, lin czy okuć, ich kształt i funkcję. Dopełnieniem morskiej przygody były wędrówki po lądzie. Udało się nam, eksploratorom z Zaruskiego, zwiedzić zabytkowe perły takie jak Visby, archipelag Ertholmene (Christiansoe i Frederikso) oraz miasta portowe jak Karlskrona czy Nexo. Warto odnotować też bliskie spotkania z przyrodą – podczas wędrówki kamienistym wybrzeżem Hano, a zwłaszcza podczas sielankowego spotkania przy ognisku na pięknej, skalistej wyspie Skavdo.
Rejs taki jak ten, to bez wątpienia wspaniała okazja do tego, aby przeżyć niezapomnianą przygodę. Strzałem w dziesiątkę okazała się zmiana komfortowych pieleszy, na skromną, aczkolwiek przytulną koję. Dodać można na koniec niezapomniane słowa: „Pobudka, nasza wachta za dwadzieścia minut”. Wtajemniczeni wiedzą jakie skojarzenia wywołuj ten komunikat.

Tomasz Walczyk

Bytom Szkiery 2017

Dla nas, “Żeromszczaków” z Bytomia, rejs na STS “Generał Zaruski” to cały worek wspomnień. To przede wszystkim przełamywanie lęków, słabości i wewnętrznych ograniczeń, ale i szczęście spełnienia marzeń o przekraczaniu granic.
Wyruszyliśmy w nieznane, by zdobyć nowe doświadczenia i zdobyliśmy je. I choć często towarzyszyło nam poczucie bezradności, bo nie ze wszystkimi zadaniami dawaliśmy sobie radę, choć towarzyszyły nam “przechyły i przechyły”, do domu wróciliśmy trochę inni. Opaleni, szczęśliwi i z nową energią.

Mogliśmy się poznać lepiej, ćwiczyć się w tolerancji i współpracy.

Rejs dzięki fachowej opiece załogi, był odpoczynkiem od cywilizacji i wyłączeniem się z sieci.

Kapitan i oficerowie i prze-Bosman, byli dla nas bardzo wyrozumiali. Mamy nadzieję, że wybaczą nam nasza nieporadność.
Będziemy pamiętać, że rejs to choroba morska, że zawietrzna to miejsce przyjazne dla cierpiących “ból egzystencji” i balansowanie na krawędzi.

Nie zapomnimy kulinarnych wyczynów pana Czesia, nieprzespanych nocy, wacht, podczas których upajaliśmy się pięknymi wschodami i zachodami Słońca.

Skojarzymy spuchnięte oko Anity, “spanie inaczej”, gotowanie w trudnych warunkach, gitarowe szaleństwa i scenę w plenerze.
Czujemy, że w domu dopadnie nas tęsknota za tym, co było naszą morską przygodą na “Zaruskim”.

Dziękujemy! Było rewelacyjnie! Dziubaski Pana Krzysia

Baltic Pass - było bogato :)

Relacja wachty IV:

Wachta czwarta obstawia bezana,
Chętnie je obiady u kapitana Morgana.
Gdzie są hanepoty – to już świetniew wiemy ,
Nazwać wszystkie liny (prawie) umiemy.
W naszej wachcie są orły same
I zaraz będą pięknie opisane:
Starsza wachty – Elza, Elajza
Można by rzec, że upierdliwa łajza.
Bawi i uczy nas nawigacji
Śmieje się z nami przy każdej kolacji.
Agnieszka nasza sterować się boi,
A przy posiłkach i łezkę uroni.
Wzruszona choroby morskiej końcem
Zasypia na rufie ciesząc się słońcem.
Patrycja inaczej Krecikiem zwana
Bez zawrotów głowy na oku wytrzymała .
Wiktoria z kambuza by w ogóle nie wychodziła
Pewnego dnia szarlotką wszystkich obdarzyła.
Daniel zawietrzną burtę poznał doskonale,
Jego obiad przez dwa dni lądował w kanale.
Kuba to mistrz ciętej riposty
Swą siłą jest w stanie powalić wszelkie mosty
Lożą szyderców nas nazwano
Nasze żarty są niczym strzał w kolano.
Szybko przejdźmy do meritum sprawy
Jesteśmy mistrzami dobrej zabawy!

Jakub Boczyński:

Błękit morza, nad nim biała korona
A wśród fal rozbłyska drewniana ikona.
Na niej młoda załoga,
która hołd Neptunowi oddaje z umiarem
i tak płyniemy w różne świata strony
by poznać historię tej ikony,
która Zaruskiego nosi imię
i uczy wszystkich żeglugi twardej,
by z nas marynarze wyszli niepowtarzalni.
Jeśli chcesz poznać wspaniałą tę załogę
przypłyń na gdańskie wody.

Relacja całej załogi:

Na żaglowcu Generał Zaruski spędziliśmy 8 dni. Ponad tydzień w morzu, w 26 osób, wspólnie gotowaliśmy dla siebie posiłki, uczyliśmy się klarować liny, stawiać i zrzucać żagle, mieliśmy też zajęcia z nawigacji.
Mimo tego, że już pierwszego dnia wpajano nam nazwy wszystkich lin, dopiero na wewnętrznym egzaminie na wyspie Christianso okazało się , że spamiętanie wszystkich ich nazw oraz zastosowanie jest nie lada wyzwaniem dla początkujących żeglarzy.
Szybko staliśmy się zgraną załogą, która wspólnie poradziła sobie z wiatrem, falami i chorobą morską.
Rejs ten pozwolił nam poznać inspirującą historię STS „Generał Zaruski”. Dzięki niej mogliśmy poznać miejsce powstania żaglowca, przepiękne miasteczko Ekenas, po którym oprowadził nas pan Mats Meyerhofer.
Wycieczka podobała się wszystkim, szczególnie że na końcu zostaliśmy ugoszczeni drożdżówkami, kawą i lemoniadą przez Klub Żeglarski Ekenas.
Kolejnym etapem rejsu było zawitanie na malowniczą wyspę Christianso. Zachwyciła nas ona swoją specyfiką i lokalizacją z dala od cywilizacji. Na skalistym brzegu kąpały się foki. A wieczorem integrowaliśmy się przy ognisku, jedząc kiełbaski i pieczone ziemniaki, po czym resztę wieczoru spędziliśmy śpiewając szanty.
Rano wypłynęliśmy do Darłowa. Tam odbył się dzień otwarty. Zachęcaliśmy mieszkańców Darłowa i turystów do wejścia na pokład, opowiadaliśmy o naszym rejsie, a także o budowie i historii „Generała Zaruskiego”.
Po intensywnym dniu udaliśmy się na Hel. Tam posprzątaliśmy nasz żaglowiec, szykując się do zakończenia rejsu. Po pysznym obiedzie w tradycyjnej tawernie Cpt. Morgan, gdzie zachwycaliśmy się miękkim chlebem (który na rejsie nie był oczywistością) i pysznymi rybami, ustaliliśmy kurs na port zakończenia rejsu, czyli Gdańsk. Tam z wielkim żalem pożegnaliśmy się.

„Żyglarz” zawietrzny, Daniel Miedwiediuk:

Jest świt , wchodzę na pokład, wypływamy i już czuję że coś jest nie tak, sprawę dopełnia pierwsza wachta nawigacyjna. Wchodzę pod pokład i czuję że muszę wyjść; wypadam na pokład , zapinam lajfline i szybkim ruchem niszczę konkurencję innych leżących na zawietrznej. Po pierwszym opróżnieniu żołądka słyszę od bosmana: punkt dla wachty czwartej, po czym zaczynam następujące przemyślenia: czemu nie leżę teraz w swoim łóżku, co miałem w głowie decydując się na rejs oraz co pierwsze padnie – ja czy choroba morska? Po kilku seriach sprawdzam czas myśląc że minęły dwie godziny lecz minęły dopiero trzy minuty, a kapitan oznajmił iż do brzegu 15 godzin. Kolejne godziny spędziłem z butelką wody która po wlaniu do gardła od razu wracała do morza. Żołądek opuścił moje ciało już 15 mil temu. Na ratunek przyszła starsza wachty Eliza z jogurtem naturalnym i niemalże nakazała mi go zjeść, tak więc zrobiłem lecz jogurt po 15 minutach stwierdził ze też woli popływać samotnie i opuścił mój organizm. Taka dieta trwała przez pierwsze dwa dni rejsu. Procedura ta była już rutyną: pobudka, szelki, woda i na zawietrzną. Po dopłynięciu do Kalmaru nasz oficer Piotr zameldował mi że sprawdzał pogodę i niestety nie będę już miał bezpośredniego kontaktu z burtą zawietrzną, ku mojemu zdziwieniu trzeciego dnia wstałem a resztki mojego żołądka zaprzyjaźniły się z jedzeniem i błędnik dopiero zrozumiał ze za mocno szaleje. Od tamtej pory stałem na pokładzie i patrzałem się jak ci którzy szydzili z mojego dźwięku wydawanego podczas czynności przy burcie, robili dokładnie to samo, a ja doskonale poznałem burty statku 🙂

Anna Madej

Na Zaruskim 30 lat temu…

W czerwcu bieżącego roku (2017 – przyp. red.) podczas przejażdżki kajakiem po Motławie, z radością spostrzegłam “Generała Zaruskiego”. Podpłynęłam bliziutko, i wdałam się w pogawędkę z młodym człowiekiem, stojącym przy burcie. Popytałam o aktualne sprawy dotyczące żaglowca, a jednocześnie opowiedziałam o mojej wieloletniej sympatii i powiązaniu z “Zaruskim”. Pod koniec lat 80-tych, przez dwa lata pracowałam w Jastarni, w LOK’u, gdzie w tym czasie “Generałem Zaruskim” dowodził kpt. Michalski.To był WIELKI CZŁOWIEK!

Szanowany, ceniony i lubiany przez wszystkich. Mieliśmy bardzo sympatyczne relacje. Ja wyjechałam na dłużej do Niemiec i historia się urwała. Bywało, że przez lata czasem widywałam “Zaruskiego” na Motławie. Jakaś sympatia do tamtych lat pozostała. Znalazłam w starym albumie kilka zdjęć, które przesyłam – może się przydadzą do archiwum? Wówczas miałam 45 lat (dziś 75). Blondynka w białej spódnicy, to ja. Przy sterze z Kapitanem, to moja córka i wnuk, obecnie 30 letni mężczyzna. Ot, kawałek historii….

Żaglowiec wygląda świetnie, pięknie odmłodzony, choć w kolorach odmieniony. Życzę “Generałowi Zaruskiemu” wieeeelu jeszcze lat pod żaglami, a Panu i Załodze radości i satysfakcji z wszelkiego dobra jakie czynicie.
Pozdrawiam Anna Madej

Ps. Może kiedyś, gdy spotkam Was przy kei na Motławie, pozwolicie mi wejść na pokład? Byłoby miło!

"Gdańską Szkołę pod Żaglami" A.D. 2021 wspomina wachta I oraz Malwina

Wachta I

Dnia 19 lipca, w poniedziałek, rozpoczęła się kolejna odsłona “Gdańskiej Szkoły pod Żaglami”. Pierwszego dnia załoga pełna entuzjazmu i pozytywnej energii ochoczo zamustrowała się na statku, a także przygotowała jednostkę do wypłynięcia. Po kilku dniach morskich trudów, przeplatanych wieloma zwrotami i manewrami, podnoszącymi nasze umiejętności obsługi statku, przy ktorych mimo dokuczającej choroby morskiej objawiającej się zwracaniem zawartości wcześniej spożytej do morza (niestety, zwracanej również na burcie nawietrznej), dopłynęliśmy do Sztokholmu.

W trakcie tego przelotu załoga bardzo szybko przekonała się, iż jest na rejsie drewnianym żaglowcem szkoleniowym, a nie wycieczkowcem pełnym luksusów. Wiele osób cierpiało z powodu wcześniej wspomnianej choroby morskiej (która jest oczywiście naturalnym zjawiskiem na morzu), jednak wszyscy wiedzieli, że tylko ciężka praca i wspólne działania mogą doprowadzić nas do wspólnego celu jakim było dopłynięcie do szwedzkiej stolicy i uwolnienie się od wszystkich złych humorów Neptuna. Choroba morska oczywiście w tym nie pomagała, ale mimo to wszyscy poznali zasady panujące na statku jak i żeglarsko-techniczne aspekty jego użytkowania.

W Sztokholmie zapoznaliśmy się z charakterem zarówno starej jak i współczesnej skandynawskiej architektury oraz uwieczniliśmy wiele pięknych widoków miasta. Następnego dnia zwiedziliśmy muzeum statku Vasa wydobytego z dna w roku 1961, okręt zatonął w XVII wieku na skutek wielu błędów konstrukcyjno-wykonawczych. Skurpulatnie, element po elemencie, analizowaliśmy jego historię i konstrukcję a także szczególy przyczyn zatonięcia. Największe zainteresowanie wzbudził takielunek, który w odniesieniu do żagli i lin „Generała Zaruskiego” był wręcz monstrualny. Niemniej ciekawi załoganci zgłębiali szerokie aspekty życia na statku począwszy od walki, na diecie codziennej skończywszy. Po dwóch dniach intensywnego zwiedzania przy którym najwiekszym zainteresowaniem cieszyły się sklepy i wszelkiego rodzaju fast-foody, a dopiero w dalszej kolejności muzea, architektura i widoki, wypłyneliśmy w kierunku Nynashamm.

Kilka godzin intensywnej analizy świateł wyznaczających nasz tor poskutkowało dotarciem do celu. W którym po uzupełnieniu paliwa i wody, a także zapasów statkowego chleba, wypłyneliśmy w kierunku Gotlandii. Następnego dnia, wachty wychodząc na codzienne podniesienie bandery, zostały powitane pięknym widokiem nabrzeża wyspy Faro. W trackie apelu załoga została poinformowana o bez wątpienia nietypowych planach rodem z filmu „Master and Commander”. Młodzież wachtami została zdesantowna na wybrzeżach wyspy, a następnie po przejściu około 5 kilometrów i zwiedzeniu wyspy wróciła na poklad po drugiej stronie wyspy. Sama wyspa zaproponowała nam bardzo wiele, od niskiej karłowatej roślinności, poprzez śliczne białe kamieniste plaże, aż po wysokie szkierowe wybrzeża. Po zjedzeniu obiadu, popłyneliśmy w kierunku małego urokliwego miasteczka Visby. Wsystkie postawione żagle dały nam zawrotną prędkość 6 węzłów dzięki której po kilku godzinach dopłynelimy do celu.

Następnego dnia zwiedziliśmy starówkę, zachwyceni niską i kameralną zabudową miasta, chłoneliśmy klimat Visby. Wieczorem część załogi udała się na piknik nad bulwarami, by choć przez chwilę odpocząć od ciężkiego żeglarskiego życia. W południe kolejnego dnia wypłynęliśmy w kierunku Polskiego wybrzeża. Przez kilka godzin trzymaliśmy kurs na Świnoujście, jednak warunki pogodowe w postaci zmiennego pod względem kierunku i siły wiatru, wyrzuciły nas w pobliżu niemieckiego wybrzeża, a konkretnie na wyspę Rugia. Chwilę przed zachodem słońca mieliśmy nieczęstą okazję oglądać białe klify wyspy w ich pełnej okazałaości. Oświetlone zachodzącym słońcem były idealnym tłem do licznych zdjęć. Póżnym wieczorem wpłyneliśmy do portu w Sassnitz.

Po krótkiej nocy otrzymaliśmy niecodzienną propozcyję zwiedzenia statku Elegant, który stał przy pirsie na przeciw nas. Holenderski kapitan z niewątpliwie zabawnym humorem opisywał ze szczegółami statek którym dowodzi. Po zwiedzaniu statku, mieliśmy chwilę dla siebie. Wiele osób odwiedziło brytyjską łódź podwodną HMS „Otus”, stojącą przy kei niedaleko nas. Inni zaś zwiedzali bulwary i cichsze zakątki miasta. Po południu podjęta została decyzja o wypłynięciu, jednak ze względu na silny wiatr musieliśmy zrefować grota i założyć sztormowego kliwra. Dzięki silnemu wiatrowi po kilku godzinach ditarliśmy do Świnoujścia, gdzie około godziny 22 zacumowaliśmy przy kei za żaglowcem STS „Fryderyk Chopin”. Ze względu na “szemrane” towarzystwo przechadzające się po kei podjęta została decyzja o wystawieniu wacht trapowych.

Jednak ten dzień był zdecydowanie pełen wrażeń ponieważ około godziny 3 wszyscy na statku usłyszeli głośny komunikat nadany przez kapitana: Alarm manewrowy, przygotować się do odejścia. Okazało się, że w wyniku braku informacji “wepchnęliśmy się” na miejsce innego żaglowca “Pogoria”. Jednak dzięki szybkiej i zorganizowanej akcji załogi, po kilkunastu minutach staliśmy już w marinie, kilkaset metrów dalej. Następnego ranka wypłynęliśmy ze Swinoujścia w kierunku Szczecina, gdzie czekać miały na nas liczne atrakcje. Po około 7 godzinach  płynięcia na silnku i pilnego pilnowania toru wodnego dopłynęliśmy do Szczecina, hucznie powitani hymnem narodowym, oklaskami, hukiem rogów okrętowych i krzyków turystów i innych załogantów, przycumowaliśmy do kei niedaleko cenrum imprezy. Teraz czekamy z niecierpliwością na następny dzień pełen atrakcji które mają nam zapewnić organizatorzy imprezy.

Po hucznym powitaniu w Szczecinie, dostaliśmy od oficerów chwilę wolnego czasu by rozejrzeć się po mieście. Wykorzystaliśmy ten czas, zwiedzając uliczki i zakamarki tego ślicznego miasta. Wieczorem zostaliśmy zaproszeni na imprezę na STS „Pogoria”. Po zwiedzaniu statku, około północy cała załoga wycieńczona dniem poszła spać, niecierpliwie oczekując następnego dnia. Po apelu i dokładnym wysprzątaniu statku, załoga szkoleniowa podzieliła się na mniejsze grupy i ruszyła zwiedzać inne jednostki. Były to m.in. Kapitan Borhardt, Fryderyk Chopin, ORP Poznań, Atyla, a także największy i najbardziej znany z polskiej floty Dar Młodzieży. Dzięki uprzejmości załóg wcześniej wskazanych jednostek (które wpuszczały nas na pokład bez konieczności czekania w kolejce) mieliśmy na tyle dużo czasu, by skurpulatnie zwiedzić każdy statek. Tego dnia odbywały się również mistrzostwa piłki nożnej. Nasza reprezentacja STS „Generał Zaruski” zajęła II miejsce. W tym dniu miało również miejsce „Crew Party”, impreza dla załóg żaglowców. Pełni ekscytacji i entuzjazmu udaliśmy się na nią. Z początku po cichu, ale z czasem coraz głośniej i energicznie zaczęliśmy się bawić. Tańcom nie było końca. Nawet osoby, które wcześniej wydawały się zmęczone, na parkiecie ruszały w taniec i nie mogły się zatrzymać. Około 23 zmęczeni intensywnym skakaniem po parkiecie, wróciliśmy na statek, gdzie mentalnie zaczeliśmy się przygotowywać do końca naszej przygody. Następnego dnia przyszedł czas pożegnań, po dokładnym wyczyszczeniu statku, spakowaliśmy się a następnie po otrzymaniu opinii z rejsu, a także po krótkim przemówieniu kapitana, w smutku i z ubolewaniem żegnaliśmy kolejnych załogantów. Aż w końcu przyszedł czas na mnie, odchodząc od statku już czułem za nim tęskonę, myślę, że śmiało można powiedzieć, że tegoroczna GSPŻ była jedną z najciekawszych edycji w ostatnich latach.

Malwina

Przed rozpoczęciem rejsu na Zaruskim wiele osób mogło czuć zdenerwowanie lub niepewność co do swoich umiejętności żeglarskich. Osobiście byłam przekonana, że z nikim się nie zaprzyjaźnię, a nawet najprostsze zadania na statku będą mnie przerastały. Wszystkie moje obawy się rozwiały gdy tylko postawiłam pierwszy krok na pokładzie. Od samego początku zarówno oficerowie jak i reszta załogi byli bardzo przyjaźnie nastawieni i ciągle żartowali. Szybko okazało się, że nie trudno złapać z nimi dobry kontakt. Przez cały okres rejsu zajmowaliśmy się przestrzenią wokół nas i dbaliśmy o porządek. Pełniliśmy także wachty kambuzowe oraz nawigacyjne, które zajmowały nam dużo czasu, ale zupełnie nie odczuwałam nimi znudzenia. Oczywiście, nie tylko na żartach i dobrym humorze stanęło, ponieważ gdy w grę wchodziło nasze przeszkolenie żeglarskie, wszystko dokładnie nam tłumaczono i mogliśmy próbować tak długo, aż się nauczymy np. wyliczać KDD.

Przez pierwsze kilka dni wiele osób walczyło z chorobą morską więc my, których ona nie dotknęła, pomagaliśmy innym jak mogliśmy i staraliśmy się przejąć obowiązki osób, które nie były w stanie pracować. Kiedy w końcu ostatnie objawy choroby morskiej opuściły wszystkich, dopłynęliśmy do Sztokholmu, gdzie mieliśmy dwa dni na zobaczenie miasta. Najbardziej zapamiętanym dla mnie momentem była wyprawa do Max Burgera (ale muzeum Vasy też było całkiem niezłe).

Po pożegnaniu ze stolicą, stanęliśmy w dryfie w zatoczce i mogliśmy wyskoczyć z Zaruskiego i się wykąpać. Zważając na niesprzyjającą temperaturę i chłodny wiatr, ja odpuściłam kąpiel. Mimo tego, wiele osób skorzystało z okazji i przez pół godziny pływało wokoło statku i skakało do wody z burty.

Następny przystanek zrobiliśmy w Nynashamn, gdzie poszliśmy do Lidla i kupiliśmy świeży chleb (nasz spleśniał). Było tam bardzo słonecznie, co od razu rozjaśniło mój humor (tak samo jak nowe doładowanie z chleba).

Po odpłynięciu, już następnego dnia, oficerowie mieli dla nas niespodziankę. Przypływając w pobliże wyspy Faro wpadli na pomysł aby po prostu nas na niej zostawić… Dwójka z nich poszła z nami na spacer po wyspie, a reszta została na Zaruskim i odpłynęła. Pogoda i flora na Faro były niesamowite. Najładniejsze zdjęcia z całego wyjazdu udało mi się zrobić właśnie tam. Po przejściu paru kilometrów oficer Adam zabrał nas z powrotem na jacht.

Niedługo potem zorientowaliśmy się, że najbardziej utalentowanym kucharzem (oraz najbardziej nadpobudliwym dzieckiem) jest Kewin. Ja sama też dobrze odnajdywałam się przy pracy w kambuzie, a ponieważ bardzo lubię czuć się potrzebna, także nasze codzienne „happy hour”, nie sprawiało mi problemu. Nawet takie codzienne czynności uczyły poczucia obowiązku i odpowiedzialności.

Parę razy zdarzyło się, że zrezygnowaliśmy z przygotowywania pysznych obiadów na jachcie i jedliśmy na mieście. Dziwnym trafem zawsze kończyliśmy w fast foodzie. Właśnie tam jedliśmy, chociażby w naszym późniejszym porcie w Visby. Było tam bardzo kameralnie, miasteczko pełne było wąskich uliczek, restauracji i zakątków gotowych do eksploracji. Zjedliśmy w Visby cudownie pyszne lody (oczywiście nie najtańsze, ale było warto). Jakbyśmy nie najedli się wielkimi gałkami, udaliśmy się do Maxa i mimo wszystko nie żałuję, ponieważ frytki z batatów to niebo w gębie.

Po opuszczeniu portu, spędziliśmy trochę dłuższą chwilę nie przybijając do brzegu. W tym czasie odbył się wykład z nawigacji, który rozwiał wszystkie moje wątpliwości, nurtujące mnie od jakiegoś czasu. Oficer Marcin, zajmujący się właśnie tym wykładem, przygotował także pewnego rodzaju lekcję o ,,Młodości” Josepha Conrada. Zdecydowanie słowa, które do nas skierował i uczucia, które opisał dotknęły mnie personalnie. Pomimo paru mniej przyjemnych chwil, zgrzytów wewnątrz załogi, braku snu i higieny, ciągłym hałasie i bujaniu, to, że spotkałam na Zaruskim całą masę świetnych ludzi, oraz fakt iż podróżowałam w miejsca, w których wcześniej nie byłam, przyćmiły wszystkie nieprzyjemności. Wieczorem obejrzeliśmy film ,,Biały Szkwał”, o młodych ludziach, przeżywających szkołę pod żaglami dokładnie tak jak my. Kolejnym wykładem podzielił się z nami oficer Miłosz. Opowiedział o błędach i wypadkach na morzu, oraz o tym, jak im zapobiegać.

Po pewnym czasie podjęliśmy spontaniczną (zasady dotyczące covid-19 właśnie się zmieniły) decyzję o zatrzymaniu się na noc na terenie Niemiec, w Sassnitz. Zrobiliśmy tam zakupy i udaliśmy się na bardzo przyjemny spacer, po czym opuściliśmy to miejsce, aby ostatecznie wrócić do Polski.

Dotarliśmy do Świnoujścia, gdzie w środku nocy mieliśmy bardzo nieprzyjemną pobudkę. O 3:00 byliśmy zmuszeni wykonywać manewr zmiany miejsca, w którym zacumowaliśmy. Mówiąc szczerze, byłam naprawdę zadowolona z opuszczenia tego portu następnego ranka.

Po paru godzinach, mojej ostatniej wachcie nawigacyjnej oraz bardzo zaciekłej walce z małym kliwrem, zawitaliśmy do Szczecina, czyli naszej ostatecznej destynacji. Zostaliśmy bardzo miło przywitani przez „Pogorię” (która moim zdaniem robi bardzo duże wrażenie) zaraz po wpłynięciu. Do końca dnia dostaliśmy wolną rękę co do tego co chcemy robić. Przeszliśmy się po mieście, odwiedziliśmy „Pogorię” i wesołe miasteczko. Niestety podczas pełnienia wachty trapowej o 2:00 zdarzyła nam się bardzo przykra sytuacja bójki pijanych przechodniów i rzucanie butelkami w nasz statek.

Sobota, czyli ostatni dzień spędzony na jachcie, zaczęliśmy od dostawy świeżego pieczywa, czego chyba wszystkim brakowało na morzu. W ciągu dnia odwiedzaliśmy inne statki, takie jak „Dar Młodzieży”, a po południu wybraliśmy się do podziemi Szczecina na zwiedzanie. Wieczorem, odbywała się impreza (z darmowym jedzeniem), na której była masa osób z innych jachtów i przyznaję, że świetnie czuję się w takim żeglarskim towarzystwie.

Starałam się spędzić te ostatnie chwile jak najaktywniej (co nie było łatwe, po 2 godzinach snu), ale wciąż myślałam, że to już koniec i, że nie chcę wracać do domu. Doszłam do wniosku, że nie tęsknię za domem i najchętniej płynęłabym dalej. Mam nadzieję, że szybko wrócę na statek, bo już mi tego brakuje. Nawiązałam tutaj wspaniałe znajomości, które mam nadzieję, przerodzą się w przyjaźnie. Poszerzyłam moją wiedzę w zakresie żeglarstwa oraz zwiedziłam niesamowite miejsca, do których normalnie bym nie dotarła. Podsumowując, jeżeli zastanawiacie się nad rejsem na Zaruskim, to myślę, że naprawdę warto.

"Gdańską Szkołę pod Żaglami" A.D. 2021 wspomina wachta II

Wachta II

Dzień I. Jest 10:00, załoga zaczyna zbierać się na statku. Wieje lekki, chłodny wiatr. Na niektórych twarzach widać zmęczenie i niepewność, ale też swego rodzaju ciekawość. W odbiciu jasnych zielonych reflektorów ułożonych w napis w Żabka widać dwóch załogantów, Basie i Kevina. Co prawda dopiero się poznali, jednakowoż już są w stanie nawiązać szczery, koleżeński kontakt. O godzinie 10:30 wszyscy załoganci byli już na miejscu po krótkim zapoznaniu wszyscy zebrali się w mesie załogowej. Chwilę później pojawił się ON. Kapitan Piotr Królak. Co prawda przeczy to prawom natury, jednak jak twierdzą załoganci sprawiał on wrażenie istoty unoszącej się nad ziemią. Do tego światło słoneczne, które padało na jego plecy podkreślało jego potęgę, mądrość oraz sprawiedliwość.

Dzień II i III. W tych dniach bardzo dużą popularnością cieszyły się romantyczne rozmowy z Posejdonem. Z uwagi na rosnącą popularność randek z bogiem mórz, u każdego z załogantów zaczynało brakować tematów do rozmów, ponieważ nikt nie miał ochoty przyswajać różnych treści. Ograniczony dostęp do informacji, spowodowany niechęcią do kształcenia się załogi, uniemożliwił dłuższy opis tych dwóch dni.

Dzień IV. Około południa Generał Zaruski przybył do Sztokholmu. Humory dopisywały, gdyż wszystkie morskie randki czy negocjacje z Neptunem dobiegły końca. Zauroczeni panoramą stolicy państwa mięsnych klopsików, jak i mebli z tektury, wszyscy z bananem na buzi (uśmiechem na ustach) wstąpili do portu. Korzystając z możliwości zrewanżowania się za porażkę na „Euro” nasi załoganci bohatersko zwyciężyli Szwecję w podwórkowym meczu w piłkę nożną.

Dzień V. Po porannych przygodach pod prysznicem, nasi bohaterowie udali się zwiedzać muzeum największej porażki marinistycznej Szwecji. Korzystając z atrakcji miasta udali się do Max Burgera, jednakże nie można go porównywać z kuchnią bosmana, Pana Mirka, który z poświęceniem wylewa siódme poty przygotowując dania w drewnianej nadbudówce. Pod wieczór spontanicznie utworzyło się zrzeszenie komików rozbawiających głównie siebie.

Dzień VI. ZAŁOGANCI DALI D…. W tym dniu załoga swoim zachowaniem i niechlujstwem wytrąciła oficerów z równowagi, dlatego oficerowie odbyli ważną rozmowę z załogą. Załoga z kolei obiecała poprawę i że postara się uczynić z Zaruskiego najdumniejszy statek na morzu bałtyckim.

Dzień VII. Trwająca wachta kambuzowa rozpoczęła dzień od wstawienia jajek na śniadanie, które niestety nie cieszyły się aprobatą razem wśród załogi. Następnie, już po myciu naczyń, kambuz udał się na krótką drzemkę, śnił o przepysznej kolacji, która miała się ziścić jeszcze tego dnia, jednak nie wiedzieli wtedy, że był to proroczy sen. Drzemka została przerwana alarmem do żagli, na który nasi aspirujący żeglarze z przyjemnością się udali. Działali jak jeden organizm. Z poświęceniem i powagą na twarzy ciągnęli za sznurki i prowadzili „Generała Zaruskiego” przez głębiny Morza Bałtyckiego. W między czasie dali odetchnąć części oficerów zostawiając ich samych na Zaruskim, a sami wyruszyli w podróż po wyspie Faro (pod opieką dwóch pozostałych oficerów). Po powrocie z wyspy nasi kucharze przygotowali obiad, a reszta załogi zajmowała się swoimi obowiązkami. Część poobiednia dnia obeszła się bez większych atrakcji, do czasu pysznej sałatkowo-majonezowo-bosmańsko-meksykańskiej i wyśmienitej kolacji, którą zjedli w porcie, w uroczym miasteczku Visby.

Dzień VIII. Po nocy w porcie nasi bohaterowie udali się na eksplorację uroczego miasteczka Visby poprzedzoną porannym prysznicem. Prysznic okazał się być dla nich problemem, gdyż nigdy wcześniej nie zetknęli się z prysznicami na kartę dostępową. Na domiar złego posiadali tylko jedną sztukę. Jednak nie poddali się i z kiełbasami na wierzchu zwyciężyli złośliwość losu. Umyci wyruszyli na eksplorację Visby. Według upodobań załoga podzieliła się i udała na kąpiel w morzu oraz zwiedzanie miasta. O 11:50 wrócili na statek, po czym około 12:00 odbył się apel, na którym kapitan wraz z oficerami powiadomili załogę o nadchodzącym sztormie zmieniającym zrealizowanie wcześniejszych planów.

Dzień IX. Ten dzień był dniem typowo żeglarskim. Cały dzień załoga spędziła na statku, płynęli w kierunku niemieckiej wyspy Rugia, pierwotnie w celu obejrzenia klifów znajdujących się na wyspie. O 10:00 odbył się pierwszy wykład w ramach szkoły pod żaglami prowadzony przez niezastąpionego oficera Marcina Dobrowolskiego, który opowiedział załodze o nawigacji na morzu. Profesjonalizm wykładowcy jest nieporównywalny z jakimkolwiek innym profesorem najbardziej prestiżowej uczelni wyższej. Zachwyceni załoganci kontynuowali dzień na wachtach lub spędzając czas pod pokładem rozmawiając między sobą. O godzinie 16:00 odbył się seans filmu pod tytułem „Biały szkwał” reżyserii Ridleya Scotta. Dzień zakończyli wieczorną wachtą trwającą od godziny 20:00 do północy.

Dzień X. Tuż po śniadaniu kapitan ogłosił próbny alarm opuszczenia statku. Wszyscy wybiegli na pokład ubrani i wyposażeni w kamizelki ratunkowe. Procedura przebiegła pomyślnie. Wyjątkiem był Michał, któremu kamizelkę udało sie zalozyć dopiero pod koniec alarmu. Fakt ten bardzo spodobal sie Szymkowi, który ma z tego ubaw po dziś dzień. Bez żadnych szkód oraz strat w ludziach, jej koniec podsumował kapitan przeprowadzając krótkie szkolenie z zakresu bezpieczeństwa na statku. Tuż po tym odbył się wykład, prowadzony przez jedynego, niepowtarzalnego oficera Marcina, poświęcony twórczości Josepha Conrada, którego oficer uwielbia. Zauroczył uczestników swoim wdziękiem, opowiadał z sercem i pełnym zaangażowaniem emocjonalnym. Zachęcał do lektury twórczości Josepha Conrada. Następnie, oficer Miłosz przeprowadził kolejny wykład, tym razem poświęcony bezpieczeństwu żeglugi. Podkreślił najważniejsze zasady zapobiegania wypadkom oraz katastrofom na morzu. Pod koniec dnia statek w końcu zbliżył się do wyspy Rugia. Widok klifów obecnych na wyspie budził podziw – ich wygląd znacznie przewyższał te w Orłowie. Po chwili załoga dopłynęła do portu w Sassnitz, gdzie spędziła noc.

Dzień XI. Ten dzień był dniem leniwym. Załoganci wstali wyspani, po czym, po zjedzeniu jajecznicy, udali się na zwiedzanie miasteczka oraz na „shopping”. Po powrocie na statek z zakupami kapitan poinformował załogę o czekających ich atrakcjach w porcie w Szczecinie. Po tej rozmowie większość załogi opuściła statek celem przespacerowania się po okolicy. Trwało to krótko, gdyż zbliżała się pora obiadu, przygotowanego przez Pana Bosmana. Po obiedzie, posprzątaniu statku niespodziewanie kapitan zarządził opuszczenie portu i udanie się w drogę do Świnoujścia. Na domiar złego (albo dobrego jak kto woli), wiatr pędził jak pan Jacuś bimber w piwnicy, niespotykany wcześniej podczas całego rejsu. Załoga dokonała refowania, nigdy wcześniej nie wykonywanego przez załogę, oraz postawienia grota. Tak płynęli aż do Świnoujścia bujając się na falach. Podczas zbliżania się do portu sklarowano żagle, a po przycumowaniu większość załogi poszła spać. Niespodziewanie o godzinie 3:00 w nocy rozległ się alarm manewrowy. Ustąpiliśmy miejsca cumowania „Pogorii”, a sami stanęliśmy w marinie.

Dzień XII. Zaruski opuścił port w Świnoujściu o godzinie 12:00. Zdecydowaną większość czasu statek pokonywał drogę na silniku. Podczas podróży miał miejsce wzruszający moment. Przepływając naprzeciwko stacji pilotów nasza załoga stanęła na baczność twarzą do żołnierzy w milczeniu odsłuchując Mazurka Dąbrowskiego. Do Szczecina przybiliśmy około godziny 17:00. Po odprawie ogłoszono czas wolny, podczas którego załoganci udali się na posiłek na mieście. Dodatkowo, korzystali z usług wesołego miasteczka znajdującego się w pobliżu miejsca cumowania statku.

Dzień XIII. Nadszedł czas rozegrania turnieju piłki nożnej. Cztery drużyny biorące w nim udział tworzyły załogi innych jednostek obecnych na zlocie w Szczecinie. Drużyna „Generał Zaruski” rozegrała cztery mecze zajmując ostatecznie drugie miejsce w całym turnieju. Po powrocie cała załoga udała się w kierunku szczecińskich podziemi, gdzie mieli okazje zrobić sobie zdjęcie na planie filmowym kultowego filmu „Miś”. Po podziemiach udali się z powrotem na statek w celu przygotowania się do „Crew Party”. Impreza była znakomita. Poczęstunek był obfity i smaczny, bar oferował szeroki wachlarz wyboru wśród napojów zarówno bez prądu jak i z prądem. Krótko po jedzeniu, wraz z uruchomieniem żywszej muzyki, rozpoczęły się tańce. Towarzyszący załodze Miłosz zabrał na parkiet całe towarzystwo. Cała załoga szalała, wszyscy tańczyli i dobrze się bawili. DJ na zakończenie odznaczył załogę Zaruskiego jako bawiącą się najlepiej spośród pozostałych.

"Gdańską Szkołę pod Żaglami" A.D. 2021 wspomina wachta III

Wachta III

Niektórzy dowiedzieli się w sobotę wieczorem, inni ciężko pracowali przygotowując prezentację, które finalnie i tak nie miały żadnego wpływu na przebieg rekrutacji. Oczekiwanie na potwierdzenie uczestnictwa w rejsie okazało się być trudniejsze niż przypuszczaliśmy. W piątek zobaczyliśmy nasze wygwiazdkowane nazwiska na liście osób zakwalifikowanych. Wtedy w naszych głowach pojawiły się dwa pytania. Czy to na pewno my? i… za jakie grzechy tutaj trafiliśmy?!
Od razu po przyjściu na statek spotkała nas pierwsza niespodzianka. Nasze rzeczy zmieściły się do szafek i bakist. Było to o tyle zaskakujące, że niektórzy zdawali się zabrać na rejs cały swój dobytek. Poznaliśmy też najważniejszą prawdę o życiu. Należy rosnąć niskim, ponieważ ci wyżsi na statku ciągle uderzają się o coś w głowę. Przy pięćdziesiątym uderzeniu zaczęło nam być wszystko jedno. Całą winę zwalamy na nasze geny. Ewentualnie na statek. Czemu nie mógł być trochę wyższy?
Poświęcenie załogi nie zna granic, czego przykładami jest rzyganie na nawietrzną, siedzenie na oku z chorobą morską, gdzie najbardziej buja, czy wymiotowanie z szotami w ręku. Pewnego razu podczas siedzenia na rufie (próbie ukrycia się przed chorobą morską) uwagę wszystkich zwrócił okrzyk członka załogi: „Patrzcie, patrzcie!”. Choć część była szczerze przekonana, że będziemy drugim „Titanikiem” i utoniemy po uderzeniu z górą lodową, chwilę później przez pokład przelała się 10-metrowa fala, mocząc nas od stóp do głów. Wbrew naszemu przekonaniu i relacji, bosman dalej uważa, że morze jest jak stół.
Szwedzkie standardy nieco nas przerosły. Zbiorowe prysznice, roboty koszące trawę, maszyny wydające resztę w sklepie czy lody za sześćdziesiąt koron. Gdybyśmy tylko mogli, chętnie zostalibyśmy tam na dłużej. Czas nas jednak gonił i trzeba było ruszać w drogę. Podobno w pewnym momencie życia standardy ulegają pewnej weryfikacji. Tak wydarzyło się i u nas. Prysznic co kilka dni stał się luksusem, a wspólne kubki i jedzenie z tej samej miski stało się tak powszechne, jak spleśniały chleb.
To jednak był dopiero początek naszych trudów. Nocne wachty zdawały się nie mieć końca, za sprawą bezkresu morza i nigdy nie zapadającego zmroku. Czas wydawał się stać w miejscu. Już szóstego dnia, kadra oficerska miała nas po dziurki w nosie i została zarządzona wojskowa dyscyplina. Co ma pływać nie utonie. I tak samo ma być z Zaruskim, by dalej wychowywał młodzież i zmieniał ją na lepszą, poszerzał horyzonty, poszerzał perspektywy, dawał nowe doświadczenia, zarażał miłością do morza i żagli.

Kewin obudził wszystkich krzykiem “Wstawać leniuchy! Cumujemy!”. Dodajmy, że sam nic z tego nie pamięta. Lecz wróćmy na ziemię. O 3:05 cumowaliśmy do portu Nynashamn. Rano została wprowadzona pruska armia. Po śniadaniu wzięliśmy się za sprzątanie, za nasze „happy hour” dla statku. Na klar mieliśmy pół godziny. Z przekonaniem, że się nie wyrobimy załoga zabrała się do pracy. Udało się wszystkich zaskoczyć. Zmieściliśmy się w czasie i poszliśmy do portu w celach rekreacyjnych. O 12 wszyscy byli na jachcie. Wypłynęliśmy. Mijała godzina po godzinie, aż przyszła pora na moją wachtę. Ubaw był po pachy. Jedna ze współzałogantek widziała kometę, która znikła w 2 sekundy. Druga szukała liczb pierwszych śmiejąc się przez łzy i tej nocy nie zeszła pod pokład.

Rano ujrzeliśmy ląd, ale nie była to Gotlandia. Po dopytaniu Miłosza okazało się, że to Faro. Pontonem dostaliśmy idę na wysepkę i poszliśmy na 5-cio kilometrowy spacer. Chodząc po ulicy i po skałkach wiele osób sfotografowało malownicze krajobrazy. Przygoda na Faro była „the best”. Po dojściu na miejsce docelowe, ucieszyliśmy się na widok „Generała Zaruskiego”, czyli naszego dwu-tygodniowego domku. Ruszyliśmy w dalszą podróż. Udało się postawić żagle, w tym topsle z maluteńką, malutenieczką pomocą bosmana Mirka. Teraz płyniemy dalej.

Urokliwe, tętniące życiem uliczki Visby i piękne jasne wieczory nakłoniły nas do napisania poezji w języku pierwszych żeglarzy przybywających w te strony wiele wieków temu. Pragniemy abyście przenieśli się razem z nami w te zachwycające miejsce i poczuli namiastkę tego, co my. Przedstawiamy wam debiut poetycki naszego załoganta o tytule:

“Vikingene”
Vikingene er blå,
Sånn som vi er rå.
De spiste mye appelsin,
som de fisket fra havets bunn.
Honning var en favoritt,
fordi de ble kvitt av mareritt.
Da vinden blåste suste de,
ikke rart de kom til Visby.
Men da vinden sluttet byttet de,
fornybar energi til diesel og fossiler.
Kapteinen deres var en mann,
en veldig farlig mann.
Navnet hans kan ikke sies,
men det startet med bokstaven «P».
Gjorde du noe han ikke likte,
fikk han deg til å dikte.
Nå er han sikkert glad igjen, så jeg kan slutte her.

Lecz na tym nasza historia się nie kończy. Obejrzane ruiny zamku, jak można się domyślać, to największy zamek na Bałtyku leżący na wyspie Gotlandia. Najechany przez Duńczyków, którzy zrównali go z ziemią, można zobaczyć w różnych częściach miasta Visby. Przechodząc obok pięknych domków okrytych różami, wyspa od razu staje się piękniejsza, a otaczające nas czyste  parki, gdzie nikt nie pije i nie pali, tylko mieszkańcy lub przyjezdni uprawiają aktywny wypoczynek, potęgują odczucie.

Kilka godzin po południu wypłynęliśmy z portu w Sassnitz. Wiał na tyle silny wiatr, że zapadła decyzja o zrefowaniu grota oraz założenia mniejszego kliwra. Jednak, pomimo mniejszej powierzchni żagli płynęliśmy w całkiem sporym przechyle, co zapewniło nam kolejne żeglarskie doznania. Płynęliśmy na tyle szybko, że wachta III spędziła zaledwie połowę swojej zmiany na sterowaniu ożaglowanym jachtem, zanim nie wpłynęła do portu w Świnoujściu. Po zacumowaniu zostały wyznaczone wachty trapowe, wtedy też rozpoczęliśmy nocne czuwanie. Niektórzy skorzystali z głośnej imprezy rozkręconej na „Chopinie”, a Krystian okazał się być doskonałym tancerzem.

Jednak to nie był koniec naszych nocnych wrażeń. Nieco po godzinie trzeciej zostaliśmy wybudzeni alarmem manewrowym i zostaliśmy wezwani na nasze stanowiska. Okazało się, że Marina-man, który kilka godzin wcześniej nie odbierał naszych telefonów, przyszedł do nas z pretensjami – miejsce przy kei, na którym staliśmy, było zarezerwowane, dla większego jachtu – „Pogorii”. Dlatego też z „Pogorią” za rufą przeprowadziliśmy nocne manewry i wynieśliśmy się wgłąb portu.
W trakcie pisania tego sprawozdania siedzimy w kambuzie i pichcimy obiad dla naszej załogi płynąc do Szczecina.

Sobotni poranek rozpoczął się zwyczajne, tak jak większość poranków podczas rejsu. Niewyspani po wieczornych atrakcjach oraz wachtach trapowych zmęczyliśmy śniadanie i odbyliśmy poranny apel. Wiedzieliśmy jednak, że ten dzień będzie bardzo aktywny i pełen atrakcji. Zaraz po porannym sprzątaniu, 8 śmiałków ruszyło na podbój boisk piłkarskich na stadion „Hutnika” Szczecin. Niewątpliwie turniej pilkarski załóg żaglowców był integracyjnym “strzałem w 10”. Umiejętności czysto sportowe oraz miejsce końcowe zeszły na dalszy plan przy tak wesołej grze w duchu zasad „fair play”. Nie często przecież gramy mecze w mokasynach. Nie mniej jednak udało nam się strzelić kilka mokasynowych bramek i z turnieju wróciliśmy zajmując drugie miejsce. Oczywiście po integracyjnym posiłku i “dogrywce” we Flanki. Kolejną sobotnią atrakcją bylo zwiedzanie szczecińskich podziemi. Długość tuneli, ich rozmiar oraz bardzo dobry stan w którym są zachowane robią naprawdę duuuże wrażenie. Wiele ciekawych ekspozycji, zarówno zdjęciowych jak i rekwizytowych, pomogło przenieść przenieść wyobraźnię w czasy II wojny światowej oraz PRLu. Również do świata kinematografi i filmu Barei „Miś”. Osoby powyżej 180 cm zdecydowanie powinny wchodzić tam w kasku!! Po dość długim spacerze do schronów, po schronach i z powrotem, cześć z nas wróciła się zregenerować, bo finałowa atrakcja była dopiero przed nami.

Chwilę po 18 wyszliśmy na „Crew Party”! Na początku, jak to zazwyczaj bywa, parkiet pusty, a stoły suto zastawione pełnymi talerzami. Z resztą z bardzo dobrym jedzeniem. Mieliśmy naprawdę ogromne szczęście, że był z nami kierownik wypoczynku Miłosz, który na początku wcielił się trochę w rolę naszego prywatnego wodzireja i pomógł nam obudzić w sobie taneczne bestie. Nim sie obejrzeliśmy, to prawie cała załoga swietnie bawiła się na parkiecie. Czas imprezy zamkniętej minął baaaaaardzo szybko. Szkoda, bo stworzył się naprawdę niesamowity klimat wśród załóg żaglowców, oczywiście na czele z załogą „Generala Zaruskiego”. Wytańczeni i wycieńczeni wróciliśmy na statek, gdzie czekały na nas wachty trapowe. Był to zdecydowanie jeden z najbardziej aktywnych dni. Skurcze łapały nawet podczas tańca.

"Gdańską Szkołę pod Żaglami" A.D. 2021 wspomina wachta IV

Wachta IV

Dzień 1. Około godziny 10 była zbiórka. Po powitaniu przez załogę stałą wpadliśmy w wir pracy. Zaczęliśmy ładować jedzenie na statek. Trochę trudno było zapakować tak wielką jego ilość, ale ostatecznie się udało. Następnie nastąpiło spotkanie zapoznawcze, gdzie dowiedzieliśmy się wielu organizacyjnych rzeczy, ale również m.in. tego, że większość z nas ma kartę pływacką. Mieliśmy wypłynąć o godzinie 12 jednak wszystko się opóźniło przez tankowanie paliwa. Końcowo wypłynęliśmy o godzinie 15.

Pierwsze godziny były dosyć trudne, ponieważ były duże fale i wiele uczestników oddawało hołd Neptunowi. Miłosz wymyślił, że można na burcie od zewnątrz statku narysować komiks do góry nogami dla osób rzygających. Po przekroczeniu granicy półwyspu Helskiego skierowaliśmy się na Rozewie. W nocy wiatry były dobre i udało nam się dopłynąć dalej niż planowaliśmy, dzięki czemu mieliśmy lepszą pozycję.

Dzień 2. Od rana nasi współtowarzysze dalej umierali na chorobę morską. Stan każdej wachty wynosił mniej niż 2 osoby zdatne do jakiejkolwiek pracy. Niektóre osoby nie były wstanie zejść pod pokład. Przed nami była bardzo długa droga do celu. Trzymaliśmy kurs na Gotlandię.

Dnia drugiego nie działo się wiele. Z powodu dużych fal i przechyłów śródokręcie stało się miejscem masowych zgonów.

Dzień 3. Trzeciego dnia było najgorzej. Ląd zniknął z oczu i pojawiło się bezkresne morze. Oprócz wielkich fal nie widzieliśmy już niczego innego. Po dwóch dniach leżenia na pokładzie trudno było znaleźć wolne miejsce lub prostą deskę.

W pewnym monecie poczuliśmy uderzenie w śródokręcie i poczuliśmy największy ból jaki można doznać na wodzie – mokre skarpetki. Od tej chwili życie załogi zmieniło się o 180 stopni. Teraz, zamiast szukania miejsca do leżenia, zaczęła się walka o ostatnie suche miejsca na pokładzie.

Wielkie fale utrudniały Natalii czytanie książki, przez co była załamana i nie miała ochoty nawet na wspólne rzyganko. Kevin podczas stawiania żagli wykazał się największym poświęceniem – podczas trzymania szota rzygał na nawietrzną.

Wieczorem nasze koje zamieniły się w „rollercoaster”. Parę osób pospadało z górnych pięter, pomimo założonych sztorm-desek. Tym załogantom, którzy byli w lepszym stanie udało się utrzymać na swoich kojach, choć nie bez wysiłku. Jednak każdego pocieszała myśl – niedługo będziemy w Szwecji, w końcu zobaczymy suchy i stały ląd.

Dzień 4. Czwartego dnia rano ludzie zmartwychwstali. Od nowa zaczęliśmy cieszyć się życiem i jedzeniem. Po południu dopłynęliśmy do stolicy Szwecji – Sztokholmu. Gdy przycumowaliśmy okazało się, że inny statek zarezerwował już to miejsce. Na szczęście okazało się że możemy stanąć do burty innego statku, cumującego po drugiej stronie naszego pirsu.

Lena strasznie jarała się berniklami (kaczkami), których stada chodziły po pobliskim parku i chciała pozabijać wszystkich, którzy nazywają je „takie szwedzkie gołębio-kaczko-gęsi”. Krystian był zafascynowany tym, że bernikle nie uciekają jak się do nich podejdzie. Nawet próbował jedną złapać na rosół. Jednak przekonał się, że każde zwierzę potrafi się obronić. Najodważniejsza z bernikli próbowała go ugryźć.

Około 15 wyruszyliśmy zwiedzić Sztokholm. Zaczęliśmy od odwiedzenia starego miasta. Główne atrakcje, które odwiedziliśmy (głównie z zewnątrz) to: stary most, parlament, akademia Noblowska, a także pomniki. Następnie mieliśmy godzinkę czasu wolnego, który każdy spożytkował wedle własnego uznania. O godzinie 17.30 ruszyliśmy na punkt widokowy. Było to niesamowite miejsce, które można zobaczyć na pocztówkach ze Sztokholmu. Następnie wróciliśmy na nasz jacht i tak zakończył się pierwszy dzień zwiedzania stolicy.

Dzień 5. Tym razem zaczęliśmy dzień od zwiedzania Muzeum „Vasa”. Jest to muzeum statku, który zatonął w okolicy główek portu (ze względu na złą budowę). Został on wyłowiony po ponad 300 latach i był bardzo dobrze zachowany. Muzeum nam się podobało i będziemy je polecać innym osobom. Po wyjściu z muzeum mieliśmy czas wolny. Część ekipy poszła do sklepu, niektórzy poszli zwiedzać dalej stare miasto i jeździli tramwajem, a jeszcze inni zwiedzali muzeum do samego końca. Osoby chętne poszły zwiedzić statek „Sankt Erik”pierwszy szwedzki lodołamacz.

O 15 spotkaliśmy się na statku i wypłynęliśmy do Nynäshamn. Po drodze zatrzymaliśmy się na kąpiel pomiędzy szkierami. Była ciepła woda i udało nam się w niej chwilę popływać. Ciekawą częścią było również wchodzenie po drabince, aby wyjść z wody i wrócić na pokład naszego statku. Mogliśmy sprawdzić siłę swoich mięśni poprzez podciąganie się do góry.

Wieczorem uczestnicy rejsu grali w kalambury i w wisielca. Jedli oni również bardzo dużo tostów, jednak gdy podano grzanki z serem pleśniowym nagle okazało się, że są już najedzeni. O godzinie 3 rano dopłynęliśmy do Nynäshamn.

Dzień 6. Dzień rozpoczęliśmy od śniadania o 7.30. Następnie załoga stała zdecydowała się na zmianę zasad panujących na statku, przez co do 10 mieliśmy czas na posprzątanie koi i napisanie sprawozdania. Nasz kolejny cel – Visby na Gotlandii. Podczas spania kadra zrobiła nam przykrą niespodziankę. O 3 rano obudzono nas na cumowanie w Nynäshamn. Jest to piękny port aczkolwiek pobudka była niemotywująca. Oprócz tego, że są tam czyste prysznice odwiedziliśmy również Lidl. Był to dla nas bardzo ważny element zwiedzania, ponieważ pamiętajcie „ jedzenia nigdy za wiele”. O 12 był koniec czasu wolnego. Spotkaliśmy się wszyscy na statku i przestawiliśmy się na drugi koniec portu po paliwo. Wypłynęliśmy o 15 w kierunku Visby.

Dzień 7. Podczas podróży na wyspę mieliśmy nieoczekiwany postój. Nasza kadra wymyśliła dla nas wycieczkę pod nazwą “poszukiwanie statku na Fårö”. Powiedzieli nam, że gramy w podchody, jednak coś chyba nie pykło, bo wiedzieliśmy gdzie będzie statek. Gdy usłyszeliśmy, że będą podchody spodziewaliśmy się podziału na grupki i szukania statku w teamach. Sposób wysadzenia nas na brzeg też był interesujący. Adam (1 oficer) podwiózł nas tam pontonem, ale nie do samej plaży. Jako, że było tam płytko musieliśmy brodzić w wodzie. Pierwszym naszym przystankiem była osada rybacka. Były tam drewniane, stare i troche zatęchłe domki. Przed nimi były drewniane łodzie. Są tam organizowane obozy rybackie. Udało się nam też zaobserwować powrót jednej rodzinki z połowów. Wyłowili oni dwa wiadra ryb. Po osadzie skierowaliśmy się w stronę ostańców skalnych. Weszliśmy na nie i zrobiliśmy sesję zdjęciową. Basi przy wchodzeniu na jeden z nich coś strzeliło w kręgosłupie i śmiała się, że „starość nie radość, szczególnie wtedy gdy jedną nogą jesteś w grobie mając 16 lat”. Po zobaczeniu ostańców, szliśmy asfaltem do małego portu w zatoczce, gdzie czekał Zaruski. Po wejściu na statek wyruszyliśmy do naszego głównego celu – Visby.

Dopłynęliśmy do niego około 21. Mieliśmy bardzo mało czasu na spacerek bo tylko 3 godziny. Podczas zwiedzania poszliśmy na mury miasta, zobaczyliśmy kawałek starego miasta, kościół z pięknymi witrażami i ogród botaniczny. Po powrocie niektórzy poszli się myć, a inni oglądali filmy lub spali.

 

Dzień 8. Po podniesieniu bandery o 8 rano mieliśmy jeszcze czas do 12 na pochodzenie po mieście. Basia, Natalia i Basia2 poszły na lody do największej lodziarni w Europie. Napisane tam było, że mają aż 300 smaków lodów. Obydwie Basie wzięły lody, a Natalia oprócz lodów skusiła się jeszcze na Shake Oreo. Po skończeniu jedzenia tych pyszności poszłyśmy do sklepu. O 11:50 spotkaliśmy się z powrotem na statku, a następnie wypłynęliśmy. Nie wiadomo jeszcze gdzie płyniemy ponieważ mają być bardzo duże wiatry i sztormy. Wiemy tyle że kierujemy się w stronę Polski. Sterowanie jest bardzo irytujące bo na kursie 210 odbija nam żagle.

 

Dzień 9. Poranek zaczął się od zapierdzielania w kambuzie od 6:20. Z jedzeniem wyjątkowo wyrobiliśmy się na 7:30. Po podniesieniu bandery poszliśmy zmywać naczynia. Około 12 zaczęły się jaja. Usłyszeliśmy alarm do zrzucenia żagli. Wszystko szło dobrze, aż do momentu gdy Karolowi wypadł z ręki gardafał bezana. Na szczęście nikogo nie było w okolicy bo mogło się to bardzo źle skończyć. Po tym incydencie odbyły się zajęcia z nawigacji. Następnie (po ostudzeniu emocji) poszliśmy przygotowywać obiad. Podział obowiązków wyglądał w ten sposób, że Basia, Natalia i Krystian przygotowywali jedzenie, a Karol i Lena mieli zmywać. Rozkład zadań wydawał się dobrze zrobiony. Kolejną „lekcją” w ciągu dnia, było obejrzenie filmu „Biały Szkwał” o grupie mężczyzn, którzy wypłynęli w rejs i spotkał ich tragiczny sztorm. Wracając do tematu planu podziału obowiązków – w momencie przygotowywania kolacji okazało się, że jednak nie był taki idealny. Gdy wzięliśmy „umyte” brytwanki po obiedzie, okazało się, że były brudne. Podburzyło to członków wachty, ponieważ czas się kurczył, a ekipa, która przygotowywała kolację musiała poświęcić jedną osobę do ponownego zmywania naczyń, przez co prawdopodobieństwo spóźnienia się z kolacją wzrosło. Gdy pokazaliśmy Karolowi, że naczynia są brudne dowiedzieliśmy się, że „ja jak będę starszy nie będę zmywał. Od tego jest zmywarka”. Poinformowanie go, że zmywarka może się zepsuć nie było wystarczającym argumentem. Reszta osób wachty była wkurzona do końca dnia, ponieważ nikt nie lubi jak wszyscy coś robią, a jedna osoba się obija i ma wywalone.

Po kolacji Krystian, Basia i Natalia zmywali naczynia i ogarniali kambuz. Lena i Karol pomogli w tym, w momencie gdy dostali ultimatum: „umyjcie idealnie brytwanki i garnek, a jeśli okażą się one brudne, sprzątacie cały kambuz”. W trakcie ogarniania naczyń Karol i Lena dostali małą reprymendę i kilka zdań, które miały doprowadzić do głębszych refleksji i przemyśleń. Nie wzbudziło to w nich wewnętrznej potrzeby pomocy w sprzątaniu, na którą po cichu liczyliśmy. Koło godziny 23 zdaliśmy kambuz i poszliśmy się uspokoić na dziobie.

Dzień 10. Wstaliśmy koło 7.30. Emocje po poprzednim dniu w większości opadły. Przed nami był kolejny dzień na morzu. W ciągu dnia nie działo się nic ciekawego oprócz przepływającego holownika czy zajęć z Miłoszem o wypadkach morskich oraz Marcinem o Josephie Conradzie, które były baaardzo ciekawe. Innym zajęciem była teoria z obsługi radaru i ponowne powtórzenie olinowania oraz etapy stawiania bezana i bezan topsla. Po skończeniu wachty nawigacyjnej poszliśmy zjeść kolacje i odpocząć po całym dniu. Około godziny 23 kadra ogłosiła alarm manewrowy. Okazało się, że tą noc spędzimy w niemieckim porcie Saßnitz.

 

Dzień 11. Rano poszliśmy zwiedzić Saßnitz. Odwiedziliśmy sklepy spożywcze, most, z którego Krystian się turlał i uboota. Łódź podwodna była bardzo ciekawa i polecamy ją zwiedzić. Koło 16 wypłynęliśmy z Saßnitz w kierunku Świnoujścia. Planowo mieliśmy wypłynąć o 12, ale silny wiatr uniemożliwił nam to. Koło godziny 22 dopłynęliśmy do Świnoujścia. Miejsce naszego statku znajdowało się przy parku, dlatego też musieliśmy zrobić wachty trapowe. Plusem tego była impreza z „Chopina”, która umilała nam noc. Niestety koło 3 rano okazało się, że na nasze miejsce chce wpłynąć „Pogoria”. Wszyscy zmęczeni ruszyliśmy przestawić statek w inne miejsce.

 

Dzień 12. Po śniadanku dostaliśmy info, że nie będzie „happy hours” i możemy iść się ogarnąć i pozwiedzać Świnoujście. Koło 11 wypłynęliśmy do miejsca końcowego naszego rejsu – Szczecina. Dołączamy tam do uczestników „Żagle 2021”.Wieczorem była mała impreza na „Pogorii” z pokazami ognia.

Niestety koło 3 rano mieliśmy przykry incydent z mieszkańcami Szczecina, którzy się pobili i rzucili butelką w nasz statek, prawie uderzając Zosię. Nasz dzielny Krystian stwierdził, że to dobry plan, aby oddać im butelkę, ponieważ nie wolno zaśmiecać środowiska. Pani policjantka nie chciała jej jednak przyjąć, gdyż stwierdziła „to nie ja piłam” po czym wypuściła podobno bez spisywania naszych nieeleganckich „kolegów”.

Dzień 13. Zlot żaglowców rozpoczęliśmy od zwiedzania statków. Jako, że dzień wcześniej nie udało nam się wejść na „Dar Młodzieży”, zrobiliśmy to dzisiaj. Odwiedziliśmy również statek „Planeta 1” i „Zawisza Czarny”. Jako załoga Zaruskiego mogliśmy wejść na „Chopina”, który był niedostępny dla zwiedzających. Niestety nie udało nam się wejść na ORP „Poznań”, ponieważ była zbyt długa kolejka, a na hasło Zaruski i tak nas nie wpuścili. Po obiedzie mieliśmy czas wolny i niektórzy wybrali się do lunaparku, który stał przy porcie. Wieczorem poszliśmy na „crew party”, czyli imprezę dla uczestników „Żagle 2021”. Było dużo tańczenia i dobrze się tam bawiliśmy. Koło 22.30 wyszliśmy z „crew party” i poszliśmy na statek.

Dzień 14. To już ostatni dzień naszej przygody z „Gdańską Szkołą Pod Żaglami”. Od rana sprzątamy i ogarniamy statek. Koło 12 ma nastąpić oficjalne zakończenie. Myślę, że gdy spytamy większość osób „Jak wam się podobało?” odpowiedzą, że było super, ale dopiero koło 8-10 dnia zaczęliśmy się integrować. Doszliśmy do wniosku, że do dobrej integracji potrzeba postoju w portach i czasu wolnego. Samo spanie w jednym pomieszczeniu nie wystarcza.

Uważam, że rejs był ciekawy i obfitował w dużo różnych wrażeń. Dobrym pomysłem była również zmiana starszych wachty po tygodniu, ponieważ po wkurzaniu się na swoją wachtę i budzeniu ich, można oddać te obowiązki innej osobie, aby inni też poczuli jak to wygląda z tej perspektywy.

Podsumowując: Bawiliśmy się dobrze i planujemy w przyszłości wynająć jachcik i popłynąć podobną ekipą w jakiś ciekawy rejs.

Pozdrawiamy !!!

Natalia, Basia, Krystian

  • Formularz kontaktowy
  • Armator jednostki
  • Statek / załoga