Rejsy

Filozoficzne zmagania z Bałtykiem



Relacjonuje dr Andrzej Kucner, organizator rejsu z ramienia Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.


Podsumowanie czerwcowego morskiego rejsu, pierwszej tego rodzaju inicjatywy w uniwersytecie, wypada całkiem ambitnie: historyczny, unikatowy żaglowiec, dziesięć dni we wspólnym kubryku i na wachtach, przepłynięta ponad 1200-kilometrowa trasa, odwiedzone siedem polskich, duńskich i szwedzkich portów, zaliczone kotwicowisko i cumowanie „na dziko” w szkierach. Tak w skrócie można podsumować żeglarskie osiągnięcia letniego rejsu, w którym wzięli udział studenci, doktoranci, absolwenci, pracownicy Instytutu Filozofii UWM oraz członkowie uniwersyteckiego Yacht Klubu. STS Generał Zaruski był w tym rejsie miejscem bytowania 17 osób.


Rejs rozpoczął się 16 czerwca w Szczecinie, dokąd żaglowiec przygnały regaty Baltic Tall Ship Races. Zaruski zajął w nich w swojej klasie pierwsze miejsce. Rozpoczynaliśmy rejs nie tylko zabytkową jednostką (pierwsze wodowanie w 1939 roku), ale obdarzoną walorami regatowymi. Pierwsze popołudnie i wieczór zajęły rutynowe szkolenia w zakresie bezpieczeństwa i podstawowych alarmów. Debiutanci żeglarstwa przećwiczyli podstawowe węzły, poznali budowę takielunku oraz czynności związane z jego obsługą. Załoga podzieliła się na wachty, poznała ich rozkład i specyfikę.Wyruszaliśmy w rejs pod dowództwem charyzmatycznego kapitana, Jerzego Jaszczuka, i bosmana, Mirosława Bieleckiego, dla którego żaglowiec – jak się przekonaliśmy – pozostaje przedmiotem ciągłej, wytężonej pracy. Trzecim, stałym członkiem załogi – oficerem programowym – był Michał Olszewski.
Następnego dnia rano przy słonecznej pogodzie po śniadaniu oddaliśmy cumy i wypłynęliśmy w kierunku Świnoujścia. Po kilku godzinach osiągnęliśmy cel i po krótkim postoju późnym popołudniem opuściliśmy port wyszliśmy na otwarte morze. Słaby i korzystny wiatr nie zapowiadał nocnych emocji. Po kilku godzinach wzrost jego siły i rosnące fale wymagały zrzucenia części żagli. Noc na rozfalowanym morzu, prace na pokładzie w ulewnym deszczu i w ciągłych przechyłach wśród debiutantów wywołały widoczne emocje i pierwsze dolegliwości. Nocna wachta okazała się wyzwaniem, z którym jednak dzielnie sobie poradzili. Dzięki szybkiej żegludze kilka godzin po świcie zaoczyliśmy południowy brzeg Bornholmu, a w południe rzuciliśmy cumy w Nexo. Cichy port, zwiedzanie sympatycznego, miasteczka, drobne zakupy wyraźnie poprawiły nastroje. Jeszcze tego samego dnia wyszliśmy w kierunku jednego z ciekawszych miejsc na Bałtyku, żywego skansenu, jakim są wysepki Christiansoe i Frederikso, na których w XVII wieku Duńczycy wznieśli koszary i fortyfikacje, a do dziś zamieszkuje je stu stałych mieszkańców i tysiące ptaków. Późne popołudnie i wieczór w otoczeniu surowych murów obronnych, skalistych wzniesień, urokliwych domeczków i czystej przyrody wywarły ogromne wrażenie na wszystkich.


Następnego dnia rano opuściliśmy cichy port i udaliśmy się w kierunku szwedzkiej wyspy Hanö. Kotwicząc w pobliżu kamienistego brzegu motorówką opuszczoną z pokładu żaglowca niewielkimi grupami desantowaliśmy się na ląd. Szybki spacer po wyspie będącej rezerwatem dziko żyjących jeleni i dalsza droga w kierunku Karlskrony wypełniły ten dzień. Przed zapadnięciem zmierzchu zacumowaliśmy do gościnnej kei przy Muzeum Morskim, jednej z atrakcji miasta. Przy okazji nasz Zaruski stał się chwilowo eksponatem wzbudzającym ogromne zainteresowanie licznych gości muzeum. Późnym popołudniem następnego dnia wyszliśmy w morze. Flauta sprawiła, że drogę przez Kalmarsund pokonaliśmy na silnikach, a nad ranem przepłynęliśmy pod majestatycznym mostem łączącym Olandię z Kalmarem. Dalszy szlak wiódł przez coraz węższe, urokliwe odnogi szkierów. W słoneczne, ciepłe popołudnie, miejscowym zwyczajem Szwedów żaglowiec zacumowaliśmy do jednej ze skalistych wysepek, Skavdo. Urokliwe miejsce zatrzymało nas do północy. Dzika przyroda, spacery po zalesionych skalistych brzegach, wieczorne ognisko pełne dysput i sporów (także filozoficznych) sprawiły, że żalem opuszczaliśmy to miejsce. W poświacie księżyca wyruszyliśmy w kierunku Visby. W deszczowej pogodzie około południa weszliśmy do tego największego portu na Gotlandii. Miasteczko zachwyciło nas średniowieczną architekturą, której wizytówką jest kamienny mur obronny (3,5 km długości i 11 m wysokości) z blisko 40 basztami i bramami. Visby usiane jest galeriami i kawiarenkami, gęstą siecią uliczek i zaułków, wzdłuż których stoją setki zabytkowych domków, zaś jedną z atrakcji są ruiny kilku kościołów, przypominające o burzliwej historii miasta.


Z powodu niesprzyjających prognoz i wiatrów zrezygnowaliśmy z ostatniej, planowanej atrakcji rejsu, jakim miało być Faro – niewielka wyspa na północy Gotlandii, miejsce życia i pracy Ingmara Bergmana. Po dobowym postoju w Visby wyruszyliśmy w drogę powrotną. Po trzydziestogodzinnym rajdzie na południe wieczorem następnego dnia zacumowaliśmy w Helu. Kolacja kapitańska, która przedłużyła się do późnych godzin nocnych, zrodziła ideę i plan kolejnego rejsu. Ostatni etap do Gdańska pokonywaliśmy z przekonaniem, że nie jest to ostatni taki rejs...
Andrzej Kucner


Morska wyprawa na pokładzie Generała Zaruskiego okazała się wspaniałym zwieńczeniem roku akademickiego. Stała się - jak sądzę - jedną z tych podróży, o których się nie zapomni. Zmagania z wodnym żywiołem w połączeniu z pięknem wybrzeża Bałtyku, cykle dni, nocy i wacht ze zgraną załogą na pokładzie czy też piękny żaglowiec słusznie otoczony czcią; wszystko razem złożyło się na niezwykłość rejsu. Nie zabrakło filozoficznych dysput, które najczęściej odbywały się „na oku”, nierzadko przy udziale fal wchodzących na pokład i morskiej bryzy. Rozmowy na temat bytu, życia, sztuki nabierały „w tak pięknych okolicznościach przyrody” zupełnie nowego charakteru. Nie zabrakło też typowo żeglarskiej wiedzy, a niektórzy spośród uczestników na długo zapamiętają nazwy drzewców, lin czy okuć, ich kształt i funkcję. Dopełnieniem morskiej przygody były wędrówki po lądzie. Udało się nam, eksploratorom z Zaruskiego, zwiedzić zabytkowe perły takie jak Visby, archipelag Ertholmene (Christiansoe i Frederikso) oraz miasta portowe jak Karlskrona czy Nexo. Warto odnotować też bliskie spotkania z przyrodą – podczas wędrówki kamienistym wybrzeżem Hano, a zwłaszcza podczas sielankowego spotkania przy ognisku na pięknej, skalistej wyspie Skavdo.
Rejs taki jak ten, to bez wątpienia wspaniała okazja do tego, aby przeżyć niezapomnianą przygodę. Strzałem w dziesiątkę okazała się zmiana komfortowych pieleszy, na skromną, aczkolwiek przytulną koję. Dodać można na koniec niezapomniane słowa: „Pobudka, nasza wachta za dwadzieścia minut”. Wtajemniczeni wiedzą jakie skojarzenia wywołuj ten komunikat.
Tomasz Walczyk

» Szukaj

» Pogoda

» Wideo