Rejsy

SailBook CUP 2014 wspomina wachta II



Wierszem dusza moja śpiewa...


W piątek o czternastej weszliśmy na żaglowiec
Przy czym nie obyło się bez spóźnionych owiec
Znalazłem sobie koję i plecak wrzuciłem
Później na piękny pokład od razu ruszyłem
I z pozoru niegroźnych ludzi zobaczyłem
Zaś jacht był śliczny tak jak sobie wymarzyłem
Zaczęła się drętwa z załogą integracja
Gadaliśmy w łóżeczku – cóż za wariacja
Lecz potem się jakoś wszystko rozkręciło
I na szczęście się towarzystwo polubiło
Przyszedł dziwny pan z brodą i wszystko tłumaczył
Również typ ożaglowania opisać raczył
Na równe doświadczeniem wachty nas podzielił
Oraz planu na calutki dzień nam udzielił
W końcu z Gdańska do Sopotu wypłynęliśmy
Tego dnia pierwszy raz żagle postawiliśmy
Zaruski w bajdewindzie wyglądał dostojnie
Czas upływał nam miło i bardzo spokojnie
Cumując w Sopocie przykuliśmy uwagę
Czuliśmy się ważni – to miało wielką wagę
Najważniejszą atrakcją było na maszt wchodzenie
Robienie selfie i na salingu siedzenie
Otrzymaliśmy na imprezę zaproszenie
Było tam piwo z kija gaszące pragnienie
Był też złoty samogon i z grilla karkówka
Zamknięta impreza, nie jakaś tam masówka
Jedynym negatywem był zespół szantowy
Gdy go słuchałem wzierał się paw kolorowy
Czuliśmy się w porcie jak panowie na włości
Niektórzy patrzyli na nas w złości i zazdrości
Większość to ludzie „wyższych stanów świadomości”
Sporo było tu chętnych nieproszonych gości
Dlatego czuwaliśmy na wachtach trapowych
Nad sobą czuliśmy powiew barw narodowych
Po trapówce na spoczynek się udaliśmy
W koi niemal o wszystko się obijaliśmy
W ten oto sposób rejsu dzień pierwszy upłynął
I każdy z nas od rzeczywistości odpłynął

***
Dzień drugi, Panie zmiłuj się, szósta trzydzieści
Kambuz się już krząta – to się w głowie nie mieści
O siódmej pobudka a następnie śniadanie
O ósmej apel i oficerów gadanie
Happy hour czyli czyszczenie dla czyszczenia
Wspaniała atrakcja, by nie doznać znudzenia
Stawianie żagli zaś potem klar na pokładzie
Po tych czynnościach chwila wytchnienia jak w sadzie
O kurcze, momencik, zapomniałem o kwestii
O piątej rano przybył ktoś o posturze bestii
Był to nasz nowy cook, na szczęście nie srogi
Wygląd Indianina i ogolone nogi
Ale mniejsza o to, pożegnaliśmy Sopot
Przed startem w regatach żagle strzeliły w łopot
I calutki konwój ruszył w stronę Gotlandii
A nie w kierunku typowej dla szant Irlandii
Na obiad dostałem kurczaka z gretingu
Było to moje psychiczne starcie na ringu
Na rejsie człowiek na inny tryb się przestroi
I ja po południu wylądowałem w koi
Dziewiętnasta trzydzieści – podano kolację
Była nienajgorsza – przyznacie mi rację
O godzinie dwudziestej wachta się zaczęła
Przyjemna, wieczorna bryza nas ogarnęła
Poznałem nawigację i trochę żeglugi
Po wachcie w koi. Tak nam upłynął dzień drugi

Maciej

***
Dawno nie przydarzyła mi się sytuacja, która wymagała ode mnie takiego nakładu cierpliwości i wytrwałości, zarówno fizycznej jak i psychicznej. Otóż trzeciego dnia rejsu, będąc w stanie nietypowej ekscytacji przeplatającej się z chwilami marazmu oraz nie zdając sobie sprawy z możliwości wystąpienia jakiegokolwiek poważnego utrudnienia, postanowiłem odwiedzić małe pomieszczenie na dziobie przy prawej burcie. Maszerując chwiejnie w jego kierunku, przez chwilę przeszła mi przez umysł wizja zalania Zaruskiego z mojego powodu, jednakże myśl ta ulotniła się tak szybko, jak przyszła i została przezwyciężona przez dające się we znaki jelita. Zasiadłszy i zrobiwszy, przystąpiłem do pompowania wedle odgórnie narzuconych instrukcji. Ku memu nieszczęściu i rozpaczy 15 minut wyrabiania bicepsa spełzło na niczym. Z pomocą przyszło dwóch ziomków, którzy nasłuchując kwadransowej walki z tłokiem, umierali ze śmiechu. Korzystając z rady jednego z nich (Ignor), którego doświadczenie pozwalało na obiektywną ocenę sytuacji, chwyciłem kubeczki i wiaderko i rozpocząłem mozolną wędrówkę z wodą barwy niezidentyfikowanej od kibelka aż na burtę, gdzie je opróżniłem. Niepokój i gniew były wprost proporcjonalne do ilości przeniesionych wiaderek. Naturalnie, napełnianie każdego wiadra łączyło się z niezliczoną ilością ruchów pompką, przez co wychodząc z małego, niezbyt wentylowanego pomieszczenia wyglądałem niczym maratończyk po biegu.
Po piątym wiadrze zrozumiałem, że moje działania były nieskuteczne i warto je porzucić. Ubrawszy więc rękawice rozpocząłem penetrację palcem grzebalcem, co jednak nie przyniosło zamierzonego efektu, a pogorszyło tylko sytuację, powodując, że poranna kiełbasa podchodziła mi do gardła. Skrajnie sponiewierany po 1,5 godzinnej harówie spytałem o radę bosmana, który oznajmił tonem jakże spokojnym i pozbawionym niepokoju, że istnieje zawór robiący coś, co mogło pomóc w mojej rozterce. Stosując się do tego, w ciągu zaledwie kilku minut wszystko zostało odetkane. Przyniosło mi to ogromną ulgę, niemniej jednak otrzymałem patetyczny przydomek „Pompka”, który na zawsze pośród tej załogi pozostanie nieodłącznym elementem mojego imienia, tak jak żagle są nieodłączną częścią żaglowca.

***
W pamięci pozostanie mi także 3-godzinne obciążanie bukszprytu, kiedy to zbliżając się do Visby, wiało najsilniej i tylko to zajęcie dostarczyło mi ulgę, gdy mój żołądek pragnął nakarmić ryby w morzu. Była to również wielka frajda i przyjemność doświadczyć po raz pierwszy chlustu morskiej wody z pokładu oraz prawdziwego bujania na falach. Natomiast w Visby razem z Maćkiem zostaliśmy zauroczeni przez śliczne dziewczęta o jasnych włosach i filigranowych sylwetkach.

Krystian

***
Godzina siódma. Budzę się i czuję,
Że mój błędniczek niestety wariuje.
Właśnie mam wachtę, lecz czuwać nie mogę,
Gdyż od godziny zajmuję podłogę.
Buja aż miło, lecz moje wnętrzności
Nie znoszą dobrze tych częstotliwości.
Do portu jeszcze dwie godziny drogi,
Lecz nadal nie mam siły zejść z podłogi.
Czuję się marnie pośród fal ogromu,
A w głowie tylko: „Matko, chcę do domu”.
Gdzieś po godzinie bądź dwóch tej niedoli
Udało mi się doczołgać do koi.
Nagle głos z nieba do mnie dociera
(Moja ostatnia dzisiejsza nadzieja)
Słyszę, że już się w porcie znajdujemy,
I za chwil kilka już przycumujemy.
Wkraczam na pokład ostatkiem mej mocy
I piękny obraz widzą moje oczy.
Visby, Gotlandia, to robi wrażenie.
Cudne widoczki budzą rozczulenie
W mym małym sercu, a dusza tułacza
Wręcz się wyrywa aby już zobaczyć
Wnętrze tej wyspy, więc plecak pakuję
I za chwil kilka już się tam znajduję:
Na lądzie pośród przepięknych uliczek,
Domków, sklepików, roślinek, wieżyczek,
Miejsce urocze, lecz długo nie chcemy
Tutaj zabawić, bo wszyscy czujemy,
Że morze wzywa a Zaruski czeka,
Aż znów ster trafi w ręce człowieka,
Który go znowu dumnie będzie nieść
Do portu w Sopocie po chwałę i cześć.
Przed wyruszeniem jeszcze wacht zmagania
W grze terenowej. Do opanowania
Jest trudna sztuka biegania po mieście
By odpowiedzi odnaleźć (nareszcie!)
Na wiele zadań oraz zgadywanek
I hasło, którego pilnuje baranek
(Bo tych na tejże wyspie nie brakuje)
Nasza załoga świetnie orientuje
Się w tych terenach, gdyż dobrze poznała
Cały ten obszar, gdy Wi-fi szukała.
Samo południe dzionka kolejnego.
Zmagań ciąg dalszy, więc w podróż daleką
Ruszają wszyscy. Już za krótką chwilę
Wyspa została nam daleko w tyle.
Wszystko gotowe, grot jest postawiony
I pozostałe żagle. Z każdej strony
Widać jedynie morze, niebo, fale.
Wiatr wieje w żagle, więc jest doskonale.
Zaruski płynie dzielnie po Bałtyku,
A my czekamy na ciasto z kubryku.
Z uśmiechem na ustach i pełni nadziei,
Że jako pierwsi na mecie będziemy.

Kinga

***

Dzisiaj kambuz. Pobudka o 6:30. Chryste Panie dlaczego tak wcześnie? Przygotowanie jedzenia dla tych niewdzięczników jest jak wbijanie sobie igieł w ciało. Ulubione hasło cooka „ Chodźmy zróbcie „ znakomicie widać w jego zachowaniu. Podczas sprzątania po śniadaniu u niektórych z wachty włącza się tzw. faza dreptania. Chodzą bez celu unikając roboty. Posprzątane i pozmywane. Nareszcie! Teraz trzeba obrać ziemniaki i ugotować obiad. W międzyczasie rufa statku została opanowana przez inhalującą się część załogi, dzięki czemu bardziej przypominamy parowiec niż żaglowiec. Skoro już o żaglach mowa. Ledwo się wleczemy. Średnia prędkość 0,8 węzła mierzi chyba wszystkich. Rufa się leni, a my obieramy kartofle. Po obiedzie zmywanie setki naczyń i spokój praktycznie aż do kolacji. A przynajmniej tak nam się zdawało, bo stara załoga postanowiła urządzić zmagania wacht. Zadania polegały na ciąganiu sznura, łopatologii umysłowo-żeglarskiej i przelewaniu wody z wiadra do wiadra. Normalnie ubaw po pachy. Po porażce poniesionej w Visby wygrana w tych „zawodach” wyciągnęła całą wachtę w głębokiej depresji. W międzyczasie Bosman w przebłysku geniuszu o imieniu Marta, postanowił zwodować ponton i zarządził zbiorowy prysznic na pokładzie. W samą porę, bo upał był nie do zniesienia. Po prysznicu czas na kąpiel na środku morza. Skok z burty statku do zaglonionej wody orzeźwia, ale i pozwala załodze ( razem z Oficerami i Bosmanem ) znowu zacząć śmierdzieć po prysznicu. Ponton przydał się do zrobienia zdjęć żaglowcowi podczas postoju na morzu. Wyszły całkiem ładne. Nawet nie widać, że wszystkie żagle wiszą. Po kąpieli w morzu wywieszona została gala gaciowo-ręcznikowa i przygotowana została kolacja. Jako, że w Gdańsku mieliśmy być w sobotę wieczorem, a wiatru jak nie było tak nie ma, Kapitan zdecydował o włączeniu silników i tym samym wycofaniu się z regat. Po kolacji jak zwykle szybkie zmywanie, a potem film. Głośniki potrzeszczały, projektor poświecił i w końcu pojawiły się napisy końcowe. Nareszcie można spać.
Następny ranek minął dość normalnie, poza tym, że w nocy ktoś próbował mnie związać. Pobudka w normalnej porze. Potem czterogodzinna wachta od 8 rano. Praży niesamowicie. Zaliczyliśmy niespodziewaną sesję fotograficzną mijając Endorphinę Dziś przyszedł czas, aby wachta, która wygrała grę terenową dostała nagrodę, a Oficerowie zapłacili za te kilka dni wyzysku wachty kambuzowej. Obiad zjedzony w mesie oficerskiej, podany i przygotowany przez oficerów, był odpowiednią nagrodą dla zwycięskiej wachty. Oficerowie zmuszeni byli do zjedzenia razem z resztą załogi. Twierdzą, że uczynili to z przyjemnością, ale nie każdy im w to wierzy.

Kacper

» Szukaj

» Pogoda

» Wideo