Rejsy

SailBook CUP 2014 wspomina wachta I




PRZYGODA ŻYCIA :D


Dzień 1

Siedzę w busie myśląc czego się spodziewać… Czy to będzie duży jacht? Jacy będą moi towarzysze? Czy dam sobie radę? Tyle pytań a zero odpowiedzi, pozostaje tylko czekać … Przyjeżdżam spóźniona, wysiadam z taksówki i rozglądam się wokół i nagle…dostrzegam go stoi przy kei wystają z niego dwa piękne, potężne maszty, odbijające się od wód Motławy. To on, to Generał Zaruski w pełnej krasie oczekujący na wyjście w morze. Emocje we mnie zaczynają buzować, czuje szczęście ale i radość. Wsiadam witając załogę, oficerów i kapitana. Zajmuję miejsce i zaczynam słuchać rad oficerów, którzy przygotowują nas do żeglugi. Pierwszy oficer Piotr wyjaśnia nam na czym polega przynależność do załogi i zapoznaje nas z obsługą jachtu i bezpieczeństwem na wodzie. Wszystko gotowe –zaczynamy! Stawiamy żagle, co jest dla mnie wielką tajemnic ą słyszę tylko komendy : trzymaj , ciągnij , zbieraj… Wszyscy przestraszeni rozglądają się i próbują ogarnąć o co chodzi. Gdy żagle są już postawione emocje lekko opadają czuję tylko lekki chłodny wiatr który owiewa mi twarz i plącze włosy. Wachta 4 która ma dzisiaj kambuz ugotowała pyszny żurek. Wszyscy zasiedli przy stole, zrobiła się taka ciepła, przyjemna atmosfera, zaczęliśmy rozmawiać miedzy sobą, poznawać się każdy po kolei. Chwilę później dotarliśmy do Sopotu. Wpływając do pięknego portu była akcja zrzucania żagli przy której znów było trochę stresu ale „z czasem będzie coraz lepiej” powtarzała Mary druga oficer załogi. Klarujemy cumy, przygotowujemy odbijacze i cumujemy do portu. Podczas zbiórki załogi oficerowie zapoznają nas o przygotowanej dla uczestników regat imprezie, która ma się odbyć Sopockim Klubie Żeglarskim . Po zmroku udajemy się na imprezę. Do lokalu było 30 minut drogi ale nasza wspaniała wachta świetnie wykorzystała ten spacer, krótkie zwiedzanie Sopotu – zaliczone! W klubie była już większa część załogi, dosiedliśmy się do niej i delektowaliśmy się kiełbaskami z grilla. Po imprezie zmęczeni udaliśmy się do portu aby dobrze wyspać się na rozpoczęcie regat.

Dzień 2

Dzisiaj nas czekał kambuz, więc pobudkę mieliśmy o pół godziny szybciej. Na śniadanie postanowiliśmy przygotować jajecznicę, która wyszła naprawdę nieźle. O 8 apel na rufie, bicie szklanek i wciąganie bandery wprowadziły naprawdę fajny, żeglarski nastrój. Po krótkich ogłoszeniach udaliśmy się na uroczystość rozpoczęcia regat na molo. Była orkiestra, dostaliśmy koszulki od Sailbook Cup’u, a przy okazji udało mi się wygrać super śmieszne różowe okulary z Tauronu. Po powrocie na jacht przygotowania do postawienia żagli i o 12 zaczynamy regaty! Ten pozytywny stres i adrenalina wypełniały mnie od środka. Ledwo zdążyłam nacieszyć się chwila już pogonili mnie do garów bo nadchodziła pora obiadowa i ktoś ten obiad musiał przygotować. Na obiad przygotowaliśmy soczystego kurczaka z ryżem i warzywami. Po zjedzeniu czekała na mnie ogromna góra garów do umycia, ale z pomocą kolegów z wachty dałam rade. Chwila odpoczynku, relaks i znów gotowanie – czas kolacji. Na szczęście to już ostatni posiłek dnia bo już wyczerpana i bez sił zasnęłam w mojej koi jak małe dziecko.

Dzień 3

Ten dzień zaczął się dobrze, śniadanie było pyszne, pogoda słoneczna ale co gorsze bezwietrzna a dla żeglarzy takich jak my wiatr był bardzo potrzebny, my bez niego to jak ryba bez wody. Wspaniały kapitan czuwał nad sytuacją i daliśmy radę wypłynąć z zatoki Gdańskiej. Wachta od 8 do 12 minęła całkiem przyjemnie potem spanie i znów wachta od 16 do 20. Te dni na jachcie tak szybko mijają.

Dzień 4

Ranne ptaszki, wstaliśmy bezboleśnie o 4 na wachtę. Towarzystwo Michała bardzo dobrze na nas wpłynęło a wschód słońca stworzył romantyczny klimat. Godzina na oku , godzina przy sterze, godzina jako nawigator i godzina…robienia kawy?! Największa frajda to wybijanie szklanek i budzenie reszty załogi o tak. Zaczynamy się czuć pewnie na statku. Dzielnie robimy zwroty i słuchamy wszystkich komend. To był dzień w którym fale zaczynały się wzbudzać . Moim zdaniem to był wręcz najbardziej wietrzny dzień rejsu. Niektórych zaczynała męczyć choroba morska i bardzo źle się czuli ale nasza wachta nie odleciała. Przyspieszyliśmy do 8 węzłów i zanim się obejrzeliśmy dotarliśmy do portu w Visby. Niestety nie wszyscy dotarli na manewry w porcie ponieważ ich koje były bardziej przekonujące niż jeden oficerów. Po zacumowaniu i zjedzeniu obiadu czas wolny wykorzystaliśmy na spacer po miasteczku. Nietypowa, słoneczna a wręcz gorąca pogoda w Szwecji pozytywnie wszystkich zaskoczyła, a miasteczko wyglądało jeszcze piękniej. Z górki i pod górkę spacerujemy zwiedzając szczególne zakątki Visby a Kleks nasz wspaniały kolega z załogi robi nam za przewodnika. Potężne mury obronne, ruiny kościołów, barwne ogrody i chłodne fontanny zapewniły nam atrakcji do końca dnia. Posiedzenie w McDonaldzie na darmowym wi-fi, prawdziwa młodzież XXI w. Na kolacje grill z wszystkimi uczestnikami regat , wspaniali ludzie, żeglarska atmosfera, kiełbaski z grilla przygotowane przez najmłodszego uczestnika załogi. Wspaniały dzień dobiegł końca, po zmroku zmęczona zwiedzaniem załoga zasnęła.

Dzień 5

Po śniadaniu mieliśmy czas wolny, oprócz wachty kambuzowej oczywiście. Oficerowie zapoznali nas o grze terenowej która ma się odbyć, wyjaśnili reguły gry i kazali zapoznać się dokładnie z miastem ponieważ gra sprawdzi naszą wiedze na jego temat. Nagroda to obiad podany przez oficerów w mesie kapitańskiej. Gdy Piotr krzyknął czas start wszyscy ruszyli szukać odpowiedzi na pytania przygotowane przez jury. Takie emocje, adrenalina, rywalizacja, szał ciał każda wachta chciała wygrać. Najlepsza zabawa była przy robieniu „selfie” z Szwedami z blond włosami, szukanie literek schowanych pod baranami i liczenie 74 stopni schodów. Po upływie 2 godzin i 30 min biegliśmy z całych sił z powrotem na jacht. Ostatnim zadaniem było wspiąć się na maszt w poszukiwaniu karteczki z podpowiedzią do słowa, które miało powstać z literek spod baranów. Byliśmy drudzy lecz nadal mieliśmy szanse wygrać. Jury trzymało nas w niepewności aż do kolacji. Po zliczeniu wszystkich punktów byliśmy drudzy, czyli nie wygraliśmy głównej nagrody, lecz dostaliśmy chustki i czapki sponsorowane przez projekt M.A.S.T. Główną nagrodę zdobyła wachta 3. Liczy się dobra zabawa. Na koniec dnia była kolacja a tuż po niej kto na wachtę ten na pokład a reszta do koi spać.

Dzień 6

Znów dzień w którym jesteśmy kambuzem. Pobudka i przygotowanie śniadania. Po apelu o 8 oczywiście jak co dzień happy hour czyli wspólne sprzątanie jachtu. Ostatni wolny czas na wyspie wykorzystaliśmy na ostatnie zakupy i darmowe wi-fi w McDonaldzie. No i przygotowania do kontynuacji regat. Bezstresowe już postawienie żagli i lecimy. Jako kambuz przygotowaliśmy przepyszny obiad. Wiatru brak a fale bujają nas na wszystkie strony. Kucharz wpadł na świetny pomysł aby zrobi szarlotkę lecz marzenia marzeniami - szarlotka nie wyszła tak jak miała wyjść, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma i liczą się dobre chęci. Po ogarnięciu naczyń nadszedł czas na relaks. Taki upał jak nigdy na środku Bałtyku brak wiatru od 4 h stoimy w miejscu z nudów i braku ruchu oficerowie wymyślili „wzmagania wacht” czyli różnorodne konkursy. Konkurencje intelektualne i fizyczne. Była świetna zabawa i super zwalczanie nudy. Wszyscy się śmiali i walczyli o wygraną. Niektórym bardziej do gustu przypadł testy wiedzy o żeglarstwie innym zaś konkurencje takie jak : skakanie na odbijaczach , przeciąganie liny czy przenoszenie gąbką wody z jednego wiadra do drugiego . Na koniec nasz kochany Bosman pozwolił na się kapać w morzu , to dopiero przeżycie. Skakanie na głębokość 130 m do lodowatej wody, nie każdy ma taką okazję. Zrzuciliśmy ponton do wody, wywiesiliśmy drabinkę i każdy wskakiwał do wody. Wszyscy pływali, skakali śmiali się, naprawdę była zabawa. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i zaraz musieliśmy wyjść z wody i się osuszyć. Po takiej kąpieli pozostało tylko zjeść kolacje i położyć się w koi. Brak wiatru zmusił nas do zrezygnowania z regat i włączenia silnika. Na koniec dnia oficerowie puścili nam francuski film pt. ”Tarbarly” niestety większość była aż tak zmęczona że zasnęła podczas filmu.

Dzień 7

O 4 rano pobudka na wachtę o świcie. To takie wspaniałe z herbatą w ręku przy sterze patrzeć jak piękna czerwona tarcza słońca wznosi się nad horyzont. Chilloutowa muzyka dobre towarzystwo i pierwsza połowa wachty zleciała. Pyszne śniadanko a po nim smażing na rufie. Dziś jest ten dzień kiedy to wachcie 3 oficerowie gotują i podają posiłki. Takiego obiadu tu jeszcze nie było. Wachta 3 wykapała się , wystroiła i zasiadła w mesie oficerskiej wraz z kapitanem i bosmanem. A my reszta załogi delektowaliśmy się pysznym obiadem wraz z resztą oficerów. Dzień mija bardzo szybko, słońce świeci a wiatru wciąż nie ma , słychać tylko szum silnika i muzykę Michała. Cała załoga się relaksuje.

» Szukaj

» Pogoda

» Wideo