Aktualności

Lubeka - relacja Michała Olszewskiego

Zapraszamy Was do lektury barwnej relacji z rejsu do Lubeki, autorstwa jednego z instruktorów Michała Olszewskiego. U dołu artykułu znajdziecie też obszerny album ze zdjęciami.

No to zaczynamy….
... powiedział Kapitan po oddaniu cum z kei mariny na Siennej Grobli. Czyli znaczy, że zaczął się nowy sezon. Dla mnie to nie pierwsze pływanie w tym sezonie i nie pierwsze tegoroczne pływanie na Zaruskim – ale pierwsze na dłużej i pierwsze z młodzieżą. Jeszcze tylko klar na cumach i odbijaczach, szkolenia z obsługi statku, nauka wszystkich lin, podstawowych węzłów i w drogę. Przed nami 300 mil morskich żeglugi. Kierunek: Lubeka. Krótko mówiąc – zaczynamy!

Hanza
A tak naprawdę to wszystko zaczęło się w XII wieku, kiedy to kilka miast z północnej Europy założyło związek handlowy zwany Hanzą. Związek ten opierał się na wspólnym handlu i z czasem rozbudowywał swoją potęgę. W szczytowym okresie należała do niego większość dużych miast, których lata największej świetności przypadały właśnie na ten czas. Z czasem znaczenie Hanzy malało, a ostatni jej zjazd odbył się w 1669 roku.
W roku 1980 odbył się za to pierwszy zjazd Nowej Hanzy – organizacji, która kontynuuje tradycje Hanzy starej. Miasta członkowskie zjeżdżają się raz do roku, żeby wzajemnie się poznawać, promować i wyznaczać cele na przyszłość. I tak oto płyną z nami młodzi przedstawiciele polskich miast hanzeatyckich: Gdańska, Krakowa, Szczecina, Olsztyna, Torunia, Kwidzyna, Słupska, Wrocławia, Goleniowa, Słupska, Stargardu Szczecińskiego, Elbląga i oczywiście Chełmna – średniowiecznego miasta z nutką renesansu – krótko mówiąc grupa fajnych, młodych ludzi z całej Polski!

Cisza, nie-cisza
Dopłynięcie do Lubeki zajmuje nam trzy doby, trzy doby w dość nietypowych jak na Bałtyk warunkach. Wiatru niewiele albo wcale, a morze wokół prawie płaskie. Pierwszą dobę pokonujemy na silniku. Później trochę się rozwiewa, a w górę idą żagle. Zaruski po raz kolejny zaskakuje. Wiatr który przez większą część drogi oscyluje wokół ‘trójki’ w skali Boufourta rozpędza Generała do prędkości nawet sześciu węzłów. Dziób statku rozcina płaską tafle morza. Sukcesem okazują się zmiany w takielunku. Usztywniona stenga grotmasztu pozwala bezpiecznie nieść latacza. Na drobne modyfikacje czekają jeszcze topsle, które pozwolą żeglować pod pełnymi żaglami. To będzie coś!



Spokojne morze sprzyja aktywnościom na pokładzie. Załoga na zmianę okupuje bukszpryt i drabinki masztowe (też tegoroczna nowość na Zaruskim). Ulubionym miejscem spędzania wolnego czasu stają się salingi grotmasztu. Byłem, widziałem. Miejsce zacne, a widok też niczego sobie!



Pewnego ranka Bosman zarządza prace bosmańskie. W ruch idą papier ścierny i pędzle. Zaruski to przecież statek drewniany – a o taki trzeba dbać w szczególności! Specjalnej uwagi doczekuje się też dzwon, który po zabiegach pielęgnacyjnych lśni jak nigdy! Trochę ogarnia mnie zazdrość, bo mi nigdy nie udało się go tak dopucować. Ale co tam, niech mają... Poza tym ja nigdy nie używałem do tego wiertarki!



Uruchomienie węża z wodą podsuwa załodze nowe pomysły. Coś przecież trzeba robić w taką pogodę. Dziewczyny myją włosy. Eliza błaga, żeby oblać ją wodą – całą, jak stoi. W sumie… czemu nie. Chciała to ma.



Po południu robimy w kubryku krótki wykład z nawigacji. Trochę wszyscy się dziwią, że nie na najbliższy tydzień mają zapomnieć o kilometrach. Tylko jakieś tam mile morskie, kable, stopnie, minuty…. czyli abc młodego nawigatora. Pikuś. Na tym się zresztą nie kończy. Wychodzimy na pokład i Kapitan objaśnia działanie sekstantu. Trochę to bardziej skomplikowane niż smartfon, ale ostatecznie wszystkim udaje się ustalić właściwy kąt między słońcem i horyzontem.



Gołąb
Gołąb pojawił się znikąd. Właściwie to do dziś nikt nie wie skąd się u nas wziął te parę ładnych mil od lądu. Chyba jakiś udomowiony, bo na nogach miał kolorowe obrączki. Do tego dawał się nawet głaskać. Ziarnami słonecznika, którymi chcieliśmy go ugościć pogardził. Gołąb spędził u nas z pół dnia po czym niespodziewanie odleciał na statek niemieckiej straży granicznej. Może serwowali tam coś lepszego. Po gołębiu zostały tylko niedojedzone ziarna słonecznika i białe plamy różnej wielkości na całym pokładzie. Gołębiu – wybaczamy, a jeśli to czytasz to pozdrawiamy i wpadnij jeszcze kiedyś.



Lubeka
W Lubece spędzamy cztery dni. Załoga w ciągłym ruchu – organizatorzy zlotu przygotowali sporo atrakcji i ciągle coś się dzieje. Spotykamy też starych znajomych z Rostocku i Kalmaru. Jest też litewski żaglowiec Brabander, z którym Zaruski współpracuje przy projekcie MAST. Jest więc okazja, żeby omówić kilka spraw przed startem tegorocznej edycji projektu. Zjawia się też kilka innych ciekawych jednostek m.in. rosyjski Standard – kopia statku zbudowanego w Holandii dla cara Piotra I. Po porcie co jakiś czas kręcą się drewniane kogi – takie żaglówki w wersji ‘middle ages’. Mimo iż w Lubece miło spędzamy czas to z pewną ulgą opuszczamy to miasto. W końcu jak pisał Joseph Conrad ‘w porcie statki rdzewieją, a marynarze schodzą na psy’. Czas wracać na morze!



Dick4Dick
Jeszcze słówko o postoju w Lubece. Na pokładzie zjawiło się czterech muzyków, rockowych, z gitarami, perkusją, wzmacniaczem – czyli gdańska kapela Dick4Dick. Rozstawili się i zagrali – z przytupem i ku uciesze gości zgromadzonych na pokładzie i tych, którzy zatrzymywali się na nabrzeżu, żeby posłuchać muzyki na żywo. Problemem nie okazał się nawet brak mikrofonu, który dzielnie zastąpił niewielki głośnik umieszczony na dziobie, którym z reguły Kapitan informuje załogę o tym i o owym. Krótko mówiąc było super! I niech to będzie początek nowej, świeckiej tradycji, że Zaruski może być sceną dla przyszłych, ciekawych przedsięwzięć kulturalnych i rozrywkowych!



"Gejl łorning"
"Gejl łorning" dla Bałtyku południowego. I w ogóle dla wszystkich Bałtyków - Powiedziała miłym głosem spikerka Radia Witowo. Na pokładzie lekkie poruszenie. No bo co to właściwie jest ten ‘gejl’? Gail czyli sztorm – czyli wg skali Boufourta wiatr od ośmiu stopni w górę i właśnie tyle ma wiać – czyli kompletnie inna żegluga niż do tej pory. No cóż… koniec w wchodzeniem na maszt… choć pewnie byliby chętni. Prognozę odbieramy koło Bornholmu. Na pokładzie zbiórka załogi. Piotrek – pierwszy oficer mówi o ształowaniu, wpinaniu się na pokładzie i takich tam. Trochę dziwnie się na nas patrzą, bo wokół płaskie morze i całkiem malowniczy zachód słońca. Zachowujemy powagę.
Wiać zaczyna koło trzeciej w nocy i wieje przez kolejną dobę. W szczytowym okresie w porywach do czterdziestu węzłów i przy kilkumetrowych falach. W górze zarefowany grot i fok. Zaruski po raz kolejny udowadnia swoją dzielność – stabilnie, w równym przechyle pokonuje kolejne fale! Każdy radzi sobie jak może z nowymi warunkami i wspólnymi siłami, przy silnym wietrze docieramy do główek gdańskiego portu.



Epilog
To było zdecydowanie udane rozpoczęcie sezonu na Generale. Ciekawa trasa i fajna różnorodna pogoda. A przede wszystkim kapitalna, zgrana załoga. Oby tak dalej! Do zobaczenia na pokładzie Zaruskiego!


Michał Olszewski

Fotografie: Mirek Bielecki, Piotr Królak, Michał Olszewski




» Szukaj

» Pogoda

» Wideo