Rejsy

Baltic Pass - było bogato :)



Relacja wachty IV:

Wachta czwarta obstawia bezana,
Chętnie je obiady u kapitana Morgana.
Gdzie są hanepoty – to już świetniew wiemy ,
Nazwać wszystkie liny (prawie) umiemy.
W naszej wachcie są orły same
I zaraz będą pięknie opisane:
Starsza wachty – Elza, Elajza
Można by rzec, że upierdliwa łajza.
Bawi i uczy nas nawigacji
Śmieje się z nami przy każdej kolacji.
Agnieszka nasza sterować się boi,
A przy posiłkach i łezkę uroni.
Wzruszona choroby morskiej końcem
Zasypia na rufie ciesząc się słońcem.
Patrycja inaczej Krecikiem zwana
Bez zawrotów głowy na oku wytrzymała .
Wiktoria z kambuza by w ogóle nie wychodziła
Pewnego dnia szarlotką wszystkich obdarzyła.
Daniel zawietrzną burtę poznał doskonale,
Jego obiad przez dwa dni lądował w kanale.
Kuba to mistrz ciętej riposty
Swą siłą jest w stanie powalić wszelkie mosty
Lożą szyderców nas nazwano
Nasze żarty są niczym strzał w kolano.
Szybko przejdźmy do meritum sprawy
Jesteśmy mistrzami dobrej zabawy!


Jakub Boczyński:

Błękit morza, nad nim biała korona
A wśród fal rozbłyska drewniana ikona.
Na niej młoda załoga,
która hołd Neptunowi oddaje z umiarem
i tak płyniemy w różne świata strony
by poznać historię tej ikony,
która Zaruskiego nosi imię
i uczy wszystkich żeglugi twardej,
by z nas marynarze wyszli niepowtarzalni.
Jeśli chcesz poznać wspaniałą tę załogę
przypłyń na gdańskie wody.


Relacja całej załogi:

Na żaglowcu Generał Zaruski spędziliśmy 8 dni. Ponad tydzień w morzu, w 26 osób, wspólnie gotowaliśmy dla siebie posiłki, uczyliśmy się klarować liny, stawiać i zrzucać żagle, mieliśmy też zajęcia z nawigacji.
Mimo tego, że już pierwszego dnia wpajano nam nazwy wszystkich lin, dopiero na wewnętrznym egzaminie na wyspie Christianso okazało się , że spamiętanie wszystkich ich nazw oraz zastosowanie jest nie lada wyzwaniem dla początkujących żeglarzy.
Szybko staliśmy się zgraną załogą, która wspólnie poradziła sobie z wiatrem, falami i chorobą morską.
Rejs ten pozwolił nam poznać inspirującą historię STS „Generał Zaruski”. Dzięki niej mogliśmy poznać miejsce powstania żaglowca, przepiękne miasteczko Ekenas, po którym oprowadził nas pan Mats Meyerhofer.
Wycieczka podobała się wszystkim, szczególnie że na końcu zostaliśmy ugoszczeni drożdżówkami, kawą i lemoniadą przez Klub Żeglarski Ekenas.
Kolejnym etapem rejsu było zawitanie na malowniczą wyspę Christianso. Zachwyciła nas ona swoją specyfiką i lokalizacją z dala od cywilizacji. Na skalistym brzegu kąpały się foki. A wieczorem integrowaliśmy się przy ognisku, jedząc kiełbaski i pieczone ziemniaki, po czym resztę wieczoru spędziliśmy śpiewając szanty.
Rano wypłynęliśmy do Darłowa. Tam odbył się dzień otwarty. Zachęcaliśmy mieszkańców Darłowa i turystów do wejścia na pokład, opowiadaliśmy o naszym rejsie, a także o budowie i historii „Generała Zaruskiego”.
Po intensywnym dniu udaliśmy się na Hel. Tam posprzątaliśmy nasz żaglowiec, szykując się do zakończenia rejsu. Po pysznym obiedzie w tradycyjnej tawernie Cpt. Morgan, gdzie zachwycaliśmy się miękkim chlebem (który na rejsie nie był oczywistością) i pysznymi rybami, ustaliliśmy kurs na port zakończenia rejsu, czyli Gdańsk. Tam z wielkim żalem pożegnaliśmy się.


„Żyglarz” zawietrzny, Daniel Miedwiediuk:

Jest świt , wchodzę na pokład, wypływamy i już czuję że coś jest nie tak, sprawę dopełnia pierwsza wachta nawigacyjna. Wchodzę pod pokład i czuję że muszę wyjść; wypadam na pokład , zapinam lajfline i szybkim ruchem niszczę konkurencję innych leżących na zawietrznej. Po pierwszym opróżnieniu żołądka słyszę od bosmana: punkt dla wachty czwartej, po czym zaczynam następujące przemyślenia: czemu nie leżę teraz w swoim łóżku, co miałem w głowie decydując się na rejs oraz co pierwsze padnie - ja czy choroba morska? Po kilku seriach sprawdzam czas myśląc że minęły dwie godziny lecz minęły dopiero trzy minuty, a kapitan oznajmił iż do brzegu 15 godzin. Kolejne godziny spędziłem z butelką wody która po wlaniu do gardła od razu wracała do morza. Żołądek opuścił moje ciało już 15 mil temu. Na ratunek przyszła starsza wachty Eliza z jogurtem naturalnym i niemalże nakazała mi go zjeść, tak więc zrobiłem lecz jogurt po 15 minutach stwierdził ze też woli popływać samotnie i opuścił mój organizm. Taka dieta trwała przez pierwsze dwa dni rejsu. Procedura ta była już rutyną: pobudka, szelki, woda i na zawietrzną. Po dopłynięciu do Kalmaru nasz oficer Piotr zameldował mi że sprawdzał pogodę i niestety nie będę już miał bezpośredniego kontaktu z burtą zawietrzną, ku mojemu zdziwieniu trzeciego dnia wstałem a resztki mojego żołądka zaprzyjaźniły się z jedzeniem i błędnik dopiero zrozumiał ze za mocno szaleje. Od tamtej pory stałem na pokładzie i patrzałem się jak ci którzy szydzili z mojego dźwięku wydawanego podczas czynności przy burcie, robili dokładnie to samo, a ja doskonale poznałem burty statku :)

» Szukaj

» Pogoda

» Wideo