Rejsy

SailBook CUP 2014 wspomina wachta III



Relacja wachty III


Działo się, kiedy jeszcze żadne z Was nie wiedziało czym jest bukszpryt, w latach, kiedy kapitan Jaszczuk biegał po podwórku i zaczepiał dziewczyny a Pan Bosman zastanawiał się nad wzorem na pole koła. W pewnej leśnej chatce na skraju lasu mieszkała pięcioosobowa rodzina – mama i jej czworo synów. Dlaczego o tym mówimy? Jaka tragedia musiała ich spotkać, by nawet TVN o nich mówił? Straszne i brutalne rozdzielenie… Dlaczego? Przez kogo? Po co? Jak? Jak dotąd jeszcze nikt się nie dowiedział… Historia ma ta jednak o wiele więcej do zaoferowania niż nastraszenie Babą Jagą i przestrzeżenie przed wchodzeniem samotnie do lasu. Okazuje się, że los miał dać całej rodzinie jeszcze jedną szansę.
Gdańsk, Marina Sienna Grobla, ul. Na Stępce 6, jacht Generał Zaruski. Cała piątka spotyka się na pokładzie i wyrusza w rejs, który ma na zmienić nie tylko ich, ale również wszystkich pozostałych załogantów. A może jeszcze kogoś? Być może ma zmienić świat i ten jacht na zawsze?
Regaty – tak ma zacząć się ich pobyt na jachcie. Czy to im się uda? Czy aby los znowu nie planuje spłatać im kolejnego figla? Posłuchajcie tej opowieści a wszystkiego się dowiecie…
Plan jest krótki: Gdańsk – Visby – Gdańsk. Dookoła Gotlandii. Kto jeszcze jest na statku? Od tej chwili rodziny już nic nie może uratować – tylko woda, woda, dąb, sosna i mahoń. No i trochę żelastwa. Wszystko to zwane niekiedy jachtem, okrętem, statkiem czy żaglowcem ma zmienić na zawsze rodzinę, od teraz pieszczotliwie nazywanej przez niecnych poganiaczy niewolników wachtą III. Ciągnij! Wybieraj! Gdzie idziesz? Alarm do żagli! Wszyscy niewyspani. Ręce krwawią. Głowa pęka. To jeszcze nic! Północ. Spod pokładu wyłania się Ona. Zła czarownica. Marika. Dlaczego jest aż tak straszna? Może to jakaś klątwa albo straszny zły urok? Legenda głosi, że pewnego słonecznego dnia chiński władca Hong Zong Jao, zwany niekiedy Michałem Groźnym rzucił na nią zły urok. Od tamtej pory co północ budzi się na cztery godziny by męczyć i maltretować członków kolejnych wacht, w tym jak wiecie wachty III, naszej kochanej rodzinki. Nie śpij! Odpadnij! Ostrz! Wciągaj topsle! Ale to jeszcze nic! Naszą rodzinkę wezwała nawet pomimo tego, że to nie była ich wachta. Dlaczego tylko ich? Czy los nad nimi przestał już mieć litość? Dokąd to wszystko dąży?
Ale coś śmierdzi….! Pompuj, pompuj! Wiadro za wiadrem! Już nawet inni załoganci wyrządzają im krzywdę! Niesprawiedliwość za niesprawiedliwością… Teraz już nawet z toalet nie można korzystać… Czy to przypadek? Nie sądzę? To zamach! Na szczęście udało się jednak temu strasznemu problemowi zaradzić. Do teraz jednak na toaletach panuje zaklęcie niepewności…
Ląd! Ziemia na horyzoncie! Port! Visby! Hurra! Jest chyba jeszcze ratunek. Być może coś lub ktoś pomoże im w końcu odmienić swój los?
Dwa dni z dala od niepewności, strachu i czarownicy Mariki. Pierwszym krokiem naszej rodzinki odwiedzenie lokalnego uzdrowiciela, Ronalda McDonalda, który uleczył im powierzchowne rany i napoił eliksirem życia, Coca-Colą. Następnie udali się do lokalnych rzemieślników by zaopatrzyć się w luksusowe, szwedzkie artykuły. Wszystko to miałoby nie mieć końca gdyby nie dwa słowa – Gra Terenowa. Arcydiuk Piotr, jeden z poganiaczy dla własnej uciechy postanowił zorganizować zawody polegające na rozrzuceniu na terenie miasta kamiennych baranów. Zadanie nie do wykonania. Będąc tego pewnym postanowił zaoferować wspaniałą nagrodę – obiad w jednej z jego mahoniowych komnat wraz z osobistą obsługą arcydiuka. Cóż to był za błąd! Nasza dzielna rodzinka zdołała podołać zadaniu i przechytrzyła Piotra. Teraz jedynie wyczekiwać obiecanego obiadu.
Dobre szybko mija. Po dwóch dniach oczekiwania w porcie kapitan uznał, że pora wypływać. Rodzinka jednak miała nadzieję, że ostatnie nieoczekiwane wydarzenia wpłyną pozytywnie na sytuację na statku. Tym razem na szczęście nie mylili się. Kolejnego dnia po wypłynięciu fluidy wspaniałego obiadu przygotowanego przez rodzinkę doprowadził do zadziwiających pozytywnych zmian w zachowaniu poganiaczy, które wcale nie były spowodowane esencją z magicznego nibygroszku od zielarza Jake’a z Visby.
Otóż dla wszystkich załogantów zorganizowano zawody podczas których wszyscy wspaniale się bawili, a nawet sam Arcydiuk Piotr wziął w nich czynny udział. Bosmanowi jednak niezbyt się to spodobało i wszystkich bawiących się zlał zimnym, morskim prysznicem tym samym zrzucając do Bałtyku, z którego na pokład załoganci wracali żabką. Natrafili wtedy jednak na kompletny brak wiatru. Zaradzić temu szczerze chciał jeden z poganiaczy imieniem Ahmed al Hatar, w skrócie Adam, który próbując poruszyć wiatr zdetonował na pokładzie bombę. Zamiast jednak poruszyć wiatr odłamkiem włączył silnik, a tym samym wyrzucił nas z regat.
Najlepsze jednak dopiero miało się wydarzyć. Arcydiuk Piotr wraz ze swoimi kolegami poganiaczami przygotował wspaniały obiad dla rodzinki i reszty załogi, który diuk sam zaserwował, a podczas którego rodzinka w końcu znowu mogła się poczuć dobrze jak za dawnych lat.
I tak nasza historia powoli dobiega końca. Nasza dzielna piątka na zawsze zmieniła oficerów, jacht i wszystko to, co wymagało zmian na lepsze. Zapewne teraz jeszcze gdzieś płyną, wracając do macierzystego portu mając nadzieję, że jacht będzie prosperować wciąż tak samo świetnie jak teraz, a im dane będzie dalej tak wspaniale zmieniać świat na lepszy.
PS. Czarownica tylko wciąż wstaje o północy.

» Szukaj

» Pogoda

» Wideo