Aktualności

MAST - pierwszy rejs sezonu za nami

Za nami pierwszy rejs MAST. Zapraszam Was na relację członka załogi oficerskiej Mariki Śliwy.

Pierwszy rejs Generała Zaruskiego w ramach projektu M.A.S.T. w sezonie 2014 rozpoczął się 1 czerwca w marinie w Gdańsku. Tym razem płynęli z nami młodzi instruktorzy, czyli żeglarze, z których wiekszość już żeglowała na Generale, i którzy zdobywają doświadczenie do pełnienia roli instruktorów w rejsach na Zaruskim, a także załoga od naszego litewskiego partnera z projektu. Zadaniem instruktora jest opieka nad swoją wachtą i organizowanie jej pracy, czyli na przykład pomoc w pełnieniu wacht kambuzowych, czy czuwanie nad punktualnym przychodzeniem wachty na zbiórki. Często instruktor jest też starszym wachty, jako osoba posiadająca największe doświadczenie i cechy przywódcze.



Pierwszego dnia odbyło się zaprowiantowanie, jak zwykle mnóstwo sera i kotletów, tradycyjnie już zupa gulaszowa, smaczne zawijańce mięsne zwane 'chomikami' oraz trochę słodkości, w tym oczywiście prince polo, kapitański przysmak. Wspólne prowiantowanie i ształowanie jedzenia jest okazją do zapozania się, a wiadomo, nic nie łączy tak załogi, jak wspólne upychanie kapusty w komorze kotwicznej. Zresztą wspólna praca 'team work' i wzajemne zrozumienie, to przecież fundamenty sail training, które z pasją uprawiamy na pokładzie naszego stateczku.
W oczekiwaniu na przybycie kapitana, przeprowadziliśmy także przeszkolnie z obsługi instalacji, z obsługi żagli oraz zapoznalismy załogę z postępowaniem na wypadek alarmów MOB, ABANDON SHIP i FIRE. Oczywiście z uwagi na międzynarodowy skład załogi, komunikujemy się w języku angielskim, co szczególnie na początku przyprawia część załogi o ból głowy. Na szczęście szybko wyłaniają się tłumacze, którzy pomagają zrozumieć pozostałym o co w ogóle chodzi i ośmielają do komunikacji w tymże języku.



W poniedziałek nad ranem wypływamy. Pierwszy cel - Hel, niespodziewanie ze świeżym wiatrem i rozbujaną falą. Pierwszy test w boju, żagle idą w górę, wachty poznają swoje rejony pracy, choć jeszcze mylą się fały z szotami. Są też pierwsi prezesi, którzy składają hołd Neptunowi, a więc wszystko według planu! W Helu bosman zarządza drobne naprawy, i po kilku godzinach wypływamy w kierunku niemieckiego Flensburga - tam nas jeszcze nie było! Najpierw na silniku ciągniemy wzdłuż polskiego wybrzeża, a po północy wiatr ustala się na NNW, odkładamy się na kurs do Simrishamn w Szwecji, odstawiamy katarynę, i połykamy pierwsze mile. Trzeba płynąć szybko, bo do Flensburga 300mil, a zapowiadają wiatry słabe i zmienne, więc od czasu do czasu podpieramy się silnikiem.



Tymczasem załoga wchodzi w tryb morski. O 0700 pobudka, wachta kambuzowa wstaje wcześniej, by przygotować dla wszystkich śniadanie na 0730. O 0800 podniesienie bandery, na rufie spotyka się cała załoga, i w rytm bicia dzwonu okrętowego, bandera idzie w górę. Zresztą bicie szklanek na Generale, to zwyczaj związany ze starą tradycją, gdzie każda szklanka, czyli ding-dong, oznacza kolejną minioną godzinę czterogodzinnej wachty. I tak o 0800, szklanek jest cztery, choć na początku załoga ma pewne trudności z zachowaniem rytmu i melodii- ale wkrótce się wprawią! O 0900 zaczynamy happy hour - część załogi porządkuje statek pod pokładem, a bosman z pomocnikami szaleje z wężem ppoż na pokładzie- dla każdego coś miłego. Jedni uwielbiają szorować kibelek, inni lubują się w odkurzaniu. Po godzinie statek lśni, i napawa dumą całą załogę. Młodzi żeglarze uczą się gospodarować czasem.



Rezygnujemy z wejścia do Simrishamn, gdyż czas nas goni, a wiatru jak na lekarstwo. Dopiero po północy we środę wiatr odkręca na SE, w górę idą nawet topsle, i pod pełnymi żaglami, nie schodząc poniżej 6 knt, prujemy taflę wody, zostawiając Bornholm po prawej burcie i kierując się w stronę cieśnin duńskich. Flensburg leży na końcu malowniczego fiordu, to stare miasto portowe, odbywa się tam właśnie konferencja European Maritime Heritage, na której nasz kapitan i oficer programowy, mają przedstawić działalność na Zaruskim.
Tymczasem na pokładzie załoga wprawia się w sterowaniu, stawianie i zrzucanie żagli idzie coraz sprawniej, a po wykładzie z nawigacji każdy nanosi pozycję na mapę i pod czujnym okiem oficerów, prowadzi nawigację. W końcu to przyszli oficerowie, a nawet nawigatorzy, gdyż kilkoro uczestników rejsów na Zaruskim, wiążę swoją przyszłość z pracą na morzu - to chyba nasz mały sukces!



Do Flensburga wpływamy tuż po obiedzie, stajemy przy kei miejskiej, tuż za rufą rosyjskiego statku Shtandart, z którym już mieliśmy okazję w tym sezonie się spotkać. Dowództwo udaje się na konferencję, a załoga, poza wachtą trapową, poznaje uroki Flensburga. Tuż koło nas, znajduje się keja Schiffahrt Museum, czyli muzeum morskiego, przy której stoją klasyczne drewniane jachty - widok piękny, Zaruski błyszczy na tle mniejszych kolegów. Dla nas niezwykłe jest, że w niemieckich portach można znaleźć tyle starych jachtów i żaglowców, które wciaż pływają, są w dobrym stanie, i są ozdobą miast portowych - w głowach tli się po cichu mały płomyk zazdrości...



Drugi dzień w porcie jawi się leniwie - stoimy do północy, więc trzeba znaleźć załodze zajęcie. Można pójść do muzeum, do centrum nauki albo na plażę. Koniec końców, załoga woli zostać na statku - szorujemy burty na wysoki połysk, robimy remanent prowiantu, oglądamy film, sielanka na pokładzie trwa w najlepsze. W sumie to miłe, kiedy młodzież woli krzątać się po statku zamiast po mieście- w końcu w domu najlepiej, a przecież statek jest dla nas na czas rejsu właśnie domem.
Z Flensburga wychodzimy przed północą, następny cel - Nexo. Po wyjściu z fiordu idziemy na silniku, bo wiatru zero, a załoga wprawia się w rozpoznawaniu świateł nawigacyjnych.



Ponieważ wiatr nas nie rozpieszcza, a wśród załogi zaczyna panoszyć się rozleniwienie, postanawiamy zorganizować zmagania wacht. Najpierw quiz - pytania z nawigacji, historii żeglarstwa, budowy statku i znajomości załogi- idzie różnie, nikt nie wie, ile Kamil ma rodzeństwa, ani jaki jest ulubiony zespół Wojtka, ale za to załoga policzyła wszystkie nagle na statku i dowiedziała się, że winda kotwiczna wcale nie ma ukrytego silnika. Udało się też znaleźć schowanego w kapitańskim śpiworze pomidora- chowanie warzyw w śpiworach to ulubiony psikus Michała. Potem jest czas na przeciąganie liny- wachty prężą muskuły, podeszwy niemal palą się na pokładzie, wygrywa wachta 'Rangers of Jesus'- przypuszczamy, że mieli wsparcie z góry...



Następnie kolej na wyścig na odbijaczach. Techniki są różne, jedni skaczą ruchem szurającym, inni osiągają pułap górnych nagli- na sekundy wygrała wachta 'Ciapajunga'. Ponieważ rywalizacja była zacięta, niezbędna była dogrywka o trzecie miejsce. Po dwóch przedstawicieli wachty 'Demons of the sea' i 'Nebeprisikiskiakopusteliagdaume', zostało związanych krawatami, i ich zadaniem było uwolnić się z łaczącej ich plątaniny. Zadanie okazuje się nie łatwe, akrobacje niczym na mistrzostwach świata break dance, choć rozwiązanie było bardzo proste, acz nie oczywiste. Po małej podpowiedzi, jako pierwsza na rozwiązanie rozwiązania wpadła Loreta, i tym samym zapewniła swojej wachcie miejsce trzecie. Po zmaganiach nastąpiła koronacja - nagrody były cenne, chustki, ręczniki, kubeczki, książki - jednym słowem - warto było się pomęczyć!



W Nexo stanęliśmy na noc, rano miała przypłynąć do nas bunkierka, by zatankować paliwo. Wolny czas o poranku wykorzystaliśmy na testy żurawika do pontonu. Pomimo obaw co do jego poręczności, trzy osoby bez większego stękania zdołały go zamontować. Wymaga on jeszcze drobnych poprawek i odchudzenia, ale mamy tu dużo inżynierów na pokładzie, na pewno będzie działał. Przy okazji wodowania pontonu, można było załapać się na przejażdżkę po porcie, z okazji nie omieszkała skorzystać część załogi. Po wyjściu z Nexo postawiliśmy żagle z nadzieją na piękną żeglugę półwiatrem, ale wiatr szybko się skończył. Ten czas wykorzystaliśmy na gruntowane szkolenie załogi ze stawiania i zrzucania żagli. W efekcie treningu, siłami tylko załogi szkolnej, na górę powędrowały bezan, grot i sztaksle, well done!



Do Gdańska wpłyneliśmy po obiedzie, po gruntownym wyszorowaniu statku i ostatnich zjedzonych chomikach. Pożegnanie nie obyło się bez łez, choć wiemy, że z częścią z tych 'young instructors' spotkamy się na pokładzie Zaruskiego jeszcze nie jeden raz. Ten rejs to 762 mile w umiarkowanych warunkach wiatrowych, nowy odwiedzony port we Flensburgu, trochę prac pokładowych z racji ciepłych, słonecznych dni, ciekawe zmagania wacht, kilka nowych znajomości, kilka zaciętych rozgrywek 'Osadników z Katanu', kupa śmiechu, dużo edukacji i trochę nauczek, ciekawe dyskusje w kubryku i ciasto jabłkowe. Jednym słowem- well done! Do kolejnego razu!

Relacja autorstwa Mariki Śliwy

» Szukaj

» Pogoda

» Wideo