Rejsy

Zbigniew A. Ciećkowski


O „Zaruskim” wspomnienia Zbigniewa A. Ciećkowskiego




S/y „Generał Zaruski” - taką nazwę otrzymał zbudowany w Szwecji, a sprowadzony po zakończeniu II wojny światowej, największy polski szkolny jacht żaglowy - dwumasztowy kecz, wyposażony również w dwa silniki. W zależności od siły wiatru i potrzeb można było na nim stawiać nawet do 300 metrów kwadratowych. Miał 5 dwuosobowych kabin - nie licząc kapitańskiej, a na śródokręciu 18 koi i dwa hamaki.
Statek dzielny - na miarę swojego patrona Generała Mariusza Zaruskiego - rzec można - Ojca Chrzestnego polskiego żeglarstwa (żył w latach 1867 - 1941). Zaruski był marynarzem, żeglarzem, taternikiem, pisarzem. Należał do Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego Sokół, organizacji patriotycznej i niepodległościowej, działającej w zaborach: pruskim, austriackim i rosyjskim. W 1894 roku Zaruski zesłany został do guberni archangielskiej. Ukończył szkołę morską i pływał jako kapitan na rosyjskich statkach żaglowych.
 W 1901 roku zamieszkał w Krakowie, a od 1904 w Zakopanem. W 1909 roku założył Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe i kierował nim przez pięć lat. Od 1912 roku należał do polskiej organizacji paramilitarnej Związku Strzeleckiego, a od 1914 roku był w Legionach Polskich organizowanych przez Józefa Piłsudskiego. W czynnej służbie wojskowej pozostawał do 1926 roku. Generał Zaruski był organizatorem polskiego żeglarstwa morskiego, a zarazem komandorem Yacht Klubu Polskiego. W latach zaś 1934 - 1939 pływał jako kapitan na harcerskim jachcie szkolnym, trzymasztowym legendarnym szkunerze „Zawisza Czarny”.

Owi „morscy harcerze” krzewili następnie idee dostępu Polski do morza wśród młodzieży polskiej w miejscowościach gdzie mieszkali, w drużynach harcerskich - także morskich zakładanych nad rzekami i jeziorami. Idea ta urzeczywistniona została w następstwie II wojny światowej szerokim dostępem Polski do Bałtyku - od Elbląga do Szczecina. Na s/y „Zawiszy Czarnym” zdobywali też wiedzę żeglarską i obycie z pływaniem na morzu dwaj pierwsi kapitanowie s/y „Generała Zaruskiego”, kapitanowie żeglugi jachtowej: Zbigniew Szymański oraz Michał Sumiński. Uczyli mnie - o pokolenie młodszego - w rejsach po Bałtyku kunsztu żeglowania i obycia z morzem. Pierwszy - Szymański - jako kapitan żeglugi wielkiej pływał następnie chyba na dziesięcio-tysięczniku Polskiej Marynarki Handlowej. Był też komendantem Państwowej Szkoły Morskiej w Szczecinie. Drugi - Sumiński - żeglując nadal zajmował się badaniem przyrody leśnej j jej popularyzacją. Jego piękne, pouczające audycje radiowe wprost urzekały; miał niezwykły dar naśladowania ptasich głosów. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku zajmowałem się przysposobieniem morskim młodzieży - w ramach Powszechnej Organizacji Służba Polsce i Ligi Morskiej, przygotowującej się do szkól morskich - cywilnych i Marynarki Wojennej. I wówczas to w Warszawie spotkałem Żonę - staruszkę sławnego jeszcze wówczas Generała Zaruskiego. Bardzo interesowała się przysposobieniem morskim młodzieży. Użyczała nawet organizatorom miejscowej grupy żeglarskiej swojego mieszkania na Żoliborzu.
Ale wracając na Bałtyk - portem macierzystym s/y „Generała Zaruskiego” była wówczas Ustka. Należał do Ligi morskiej. Tam tez znajdował się Centralny Ośrodek Szkolenia Morskiego Ligi Morskiej. Byłem kursantem w tym Ośrodku, sposobiąc się na instruktora żeglarstwa morskiego. Często wychodziliśmy na „Zaruskim” w morze. I wtedy: cumy rzuć, wybieraj spring, żagle w górę, żagle w dół, fały buchtuj, a gdy się gdzieś zacisnęły to po wantach na maszty by je zluzować. No i praktyka przy sterze, tajniki nawigacyjne na mapie.



Chyba dwa dni przed Wielkanocą 1947 roku, kolejne ćwiczenia wyjścia w morze: kurs na północ i powrót na redę Ustki. I tak mieśmy powtarzać przez dobę. Szło nieźle, ale nadciągała mgła. Coś nam z nawigacją i logiem (odmierzanie przebytych mil) nie wyszło. Wprawdzie kapitan Szymański się zorientował, a ale już „Zaruski” szorował kilem po dnie morza. Mgła się trochę podniosła - patrzymy, a tu dwóch marynarzy stoi na brzegu. Było akurat na wprost koszar Marynarki Wojennej w Ustce. Rwetes niebywały! Silnikami cala wstecz; statek ani drgnął. Kapitan Szymański wpadł na pomysł: powiązaliśmy cumy i inne mocne liny poprzez dziobowa kluzę (otwór w nadburciu), założyliśmy na kabestan (windę). Do końca tej liny przywiązana została kotwica. Łodzią (motorówką pokładową) kotwicę wywieźliśmy możliwie daleko do tyłu i rzuciliśmy by chwyciła dna.
 Na „Zaruskim” było kilka ton ruchomego balastu (żeliwne kostki).



Tą samą łodzią balast wywieźliśmy na brzeg; lina kotwiczna była stale napinana (na stram). Gdy przenieśliśmy do łodzi resztę balastu „Zaruski” drgnął. Wtedy ile sił kabestanem nawijana była lina kotwiczna do pionu. „Zaruski” obrócił się i zakołysał. I wtedy: Kotwicę rwij! Wolno silnikiem naprzód - na bezpieczna (miękką) wodę. Dobrze, ze nie było dużej fali. „Zaruski” na kotwicy lekko się tylko kołysał. Trzeba było z powrotem przywieść z brzegu balast i rozłożyć w zenzach „Zaruskiego” - praca mordercza, a zaczęło dmuchać. Mgła opadła - tu wejście do Ustki jak na dłoni. „Zaruski” wszedł do portu, zarzuciliśmy cumy. Wszyscy odetchnęli z ulgą. W rejsie tego roku do Kopenhagi nie było kłopotów, ale rok później do ówczesnego Leningradu (Petersburga) sztorm aż do Zatoki Fińskiej dał się całej załodze dobrze we znaki - korzystali ci co mogli najeść się do syta, bo u wielu szwankował apetyt - wychylali się często przez burtę podkarmiając rybki. Jeden taki co chciał być kapitanem statku, gdy zacumowaliśmy po powrocie w Gdyni, nie czekał na trap, wyskoczył na brzeg i więcej podobno na morze nie wrócił.



W 1950 roku dopiero co utworzona Niemiecka Republika Demokratyczna - szef jej rządu, zawarł w Zgorzelcu z rządem Polski układ uznający polską zachodnia granice na Odrze i Nysie Łużyckiej - dla Polski wielka sprawa. Liga Morska zorganizowała, przy akceptacji najwyższych władz, rejs na „Zaruskim” do portów NRD. Uczestniczyli w nim instruktorzy - aktywiści Ligi Morskiej. Dowodził kapitan Szpakowski - chyba z Krakowa. Byli jacyś politycy. Rejs miał na celu zbliżanie młodzieży polskiej i niemieckiej. Było wiele spotkań.
 W rejsie tym byłem na „Zaruskim” trzecim oficerem wachtowy M (szturmanem). Był wrzesień. Wracaliśmy do kraju i po minięciu Helu skierowaliśmy się do Nowego Portu. Było po obiedzie, miałem wachtę. Na Zatoce Gdańskiej spokojnie. Kucharz zatem wyniósł na pokład wystawne zestawy stołowe, pakując je do zdania (porcelanowe i posrebrzane - były potrzebne podczas spotkań z miejscowymi dostojnikami).
 Patrzę, a nad Gdynią pojawiły się jakieś dziwne chmury. Mówię do kapitana - chyba dmuchnie. Patrzmy, co dalej. Nie minęło parę minut, a tu raptem „biały szkwał”, gwizd na wantach, „Zaruski” przysiadł na burtę, aż woda sięgnęła niemal do polowy pokładu. Zerwało buchty (zwoje) fałów wiszących na wantach i przerzuciło na zawietrzną. Powstały kłopoty z zrzucaniem żagli. Wdmuchało nas niemal za Hel. Gdy się uspokoiło zbliżał się zmrok. Weszliśmy do Nowego Poru. Najwięcej strapiony był kucharz. Bo gdy ów szkwał położył niemal „Zaruskiego” na burtę, owe kunsztowne zastawy stołowe wypadły za burtę. Jak ja się z tego rozliczę - biadolił.



Ileż to lat temu! Uczestniczyłem także w przeprowadzeniu „Zaruskiego” z Gdyni do Ustki. Przyjechała po niego grupa nas z Ustki - z COMu. I ja z nimi. Trzeba było statek sklarować do drogi. Roboty dużo. A mnie w ostatniej chwili przesadzili na jacht „Batory” (typu Koń Morski - to taki przedwojenny jednomasztowy atlantycki jacht. I razem z „Zaruskim” żeglowaliśmy do Ustki. Staraliśmy się płynąć w łączności wzrokowej. Nieopodal Ustze, sternik źle zamanewrował, przerzuciło bom, który uderzy mnie od tyłu w szyję i wpadłem za burtę. Był kwiecień, zimno, jeszcze kry spływały z Zatoki Fińskiej. Byłem w ubraniu sztormowym, ale trzymałem się na wodzie. Widać Neptun mnie nie chciał, a Mefisto też odrzucił. A było tak, ze wypadając schwyciłem się końca marlinki. Stała jej buchta na pokładzie. Pozostawałem za rufą coraz dalej, ale w końcu marlinka się zaplątała i zaczepiła o knagę na pokładzie. Szarpnęło mną. Owinąłem na obu rękach. Tym czasem prowadzący „Batorego” zrobił zwrot, podpłynął do mnie i koledzy wyciągnęli mnie na pokład. Byłem bohaterem dnia, nawet awansowałem na bosmana pokładowego.
Na „Zaruskim” ćwiczyliśmy codziennie - nawet na pokładzie odbywały się wykłady. W końcu lata pożeglowaliśmy do Kopenhagi, w 1948 roku do Leningradu - ówczesnego, w 1949 roku ślepe rejsy po Bałtyku, a w 1950 do NRD. Po powrocie z rejsu zakotwiczyłem w Marynarce Wojennej. Służyłem w niej 25 lat, potem zostałem zesłany do GZP WP w Warszawie. W I. C. MON było sporo marynarzy. I tu dobiegła końca w 1989 roku w grudniu moja żegluga i służba.

Komandor rez. Zbigniew A. Ciećkowski (jachtowy kapitan żeglugi wielkiej) | Warszawa | 26.01.2009

» Szukaj

» Pogoda

» Wideo